Z podkulonym ogonem. Zawiedliśmy się na ludziach, którzy byli nam bliscy. Którzy szastali pojęciem przyjaźń nie mając zielonego pojęcia, że to coś innego niż wezmę, co chcę i sobie pójdę.
Co w takim wypadku przychodzi najłatwiej? Zamknąć się na cztery spusty. Przestać przejmować się innymi, skupić na sobie i udawać, że tak mi dobrze. Ale wcale dobrze nie jest.
Strach przed zranieniem, zawodem, może sprawić, że i my zawiedziemy tych, którzy na nas liczą. Zostawimy ich samych. Stracimy z oczu drugiego człowieka, który cały czas idzie obok nas, podczas gdy ktoś inny podbiegł czym prędzej, rzucił się na nas i jeszcze szybciej oddalił się, wyrywając kawałek serca, które próbowało kochać wszystkich. Nie da się?
Pomimo plastrów i blizn warto wierzyć, że się da. Można naprawić to, co się popsuło, wynagrodzić krzywdy, których się jest autorem. Nie warto ranić, bo nas zraniono. Dokąd to miałoby prowadzić?
Modlić się za nieprzyjaciół i prosić by Bóg im błogosławił. Skrzywdzonym wynagrodził siedmiokrotnie. Postarać się nie mówić źle o nikim. Walczyć o to, by nie oceniać, nie sądzić. Kurcze, bo kim my jesteśmy, żeby to robić?
Człowiek czasem w swojej ślepocie się zapędzi i straci z oczu Tego, dla którego miało być to wszystko, z Jego powodu. I zaczyna odwalać coś na własną rękę, co nie wiadomo dokąd prowadzi.
„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka [tkwi] w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata. Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały.” (Mt 7,1-6)
Kazanie na górze… Wystarczy przeczytać, skonfrontować ze swoim życiem i już wiadomo w jakim stanie obecnie jesteśmy i gdzie się pogubiliśmy:
http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=248
http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=249
http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=250
Ważne chyba, żeby się w porę opamiętać i zdać na Tego, który jako jedyny może nas wyprowadzić z labiryntu egoizmu, zazdrości i osądów. Przy okazji wyciągając z tego jeszcze większe dobro. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
środa, 15 kwietnia 2015
piątek, 10 kwietnia 2015
"Żyła raz sobie pewna kobieta. Miła już trochę lat, dużo widziała i wiele doświadczyła. Nie zawsze były to dobre i radosne doświadczenia. Częściej spotykały ją rozczarowania, trudny, miłosne zawody, pech i kłopoty. Jednym słowem, nie miała łatwego życia.
– Nie zazdroszczę jej – mówiły inne kobiety, a mężczyźni czasami próbowali otoczyć ją ramieniem, ale kiedy tylko orientowali się, że należy do tych pechowych, natychmiast odchodzili. Biedna ta moja bohaterka, naprawdę nie miała lekko. Pewnego dnia stanęła na rozstaju dróg. Doszła do wielkiego drzewa, a na nim wisiały dwie tabliczki. Na jednej było napisane: „Możesz wrócić do dowolnego momentu w swoim życiu i wszystko zacząć od nowa, nie mieć złych doświadczeń, przykrości i tego swojego wielkiego pecha. Kiedy jednak przyjdzie do ciebie ktoś z problemem, nigdy go nie zrozumiesz, nie będziesz w stanie mu pomóc”. Och – krzyknęła do siebie kobieta – oto słowa, na które całe życie czekałam. Dostałam nową szansę! Mogę odmienić moje życie, och widocznie nie jestem taka zła, skoro dobry Duch tego drzewa ulitował się nade mną. Ale zaraz potem zatrzymała swoje myśli nad drugą częścią napisu. – Nie obchodzą mnie inni, chcę być wreszcie szczęśliwa – powiedziała do siebie, czy ja obchodziłam kogokolwiek, gdy było mi źle? I potem przeczytała napis na drugiej tabliczce: „Nic nie zmieni się w twoim życiu, ale ty zmienisz się nie do poznania. Nie zawrócisz po nowy los, ale swój przekujesz na szczęście”. Pomyślała, że to bardzo podchwytliwe, w rzeczywistości druga tabliczka mówiła o tym samym, co pierwsza… kobieta jednak postanowiła zawrócić. Jak postanowiła, tak zrobiła. W połowie drogi jednak zawróciła. – Nie chcę niczego nie przeżyć. Skoro te wszystkie trudy za mną, po co mam się narażać na inne (wiedziała bowiem, że nie ma takiego życia, takich wyborów, które nie niosłyby za sobą pewnych konsekwencji), zdecydowała, że pójdzie dalej z tym bagażem jaki ma, z takim a nie innym garbem doświadczeń i wykorzysta je najlepiej jak tylko będzie umiała.
Gdy tylko tak postanowiła, natychmiast przypomniało jej się setki cudownych zdarzeń z życia o których całkiem zapomniała i jak na skrzydłach poleciała ku przyszłości i zamiast zaczynać od nowa, wykorzystała to, co już potrafi, by żyć dla innych. A kiedy zaczęła żyć dla innych, okazało się, że to jest właśnie jej szczęśliwe życie. W tajemnicy Wam powiem, że nawet spotkała miłość swojego życia, ale dopiero wtedy, gdy przestała koncentrować się na swoich nieszczęściach."
Źródło: https://www.facebook.com/DrzewoZyciaTiferet/photos/a.305496676204035.73219.305479529539083/818546454899052/?type=1&theater
– Nie zazdroszczę jej – mówiły inne kobiety, a mężczyźni czasami próbowali otoczyć ją ramieniem, ale kiedy tylko orientowali się, że należy do tych pechowych, natychmiast odchodzili. Biedna ta moja bohaterka, naprawdę nie miała lekko. Pewnego dnia stanęła na rozstaju dróg. Doszła do wielkiego drzewa, a na nim wisiały dwie tabliczki. Na jednej było napisane: „Możesz wrócić do dowolnego momentu w swoim życiu i wszystko zacząć od nowa, nie mieć złych doświadczeń, przykrości i tego swojego wielkiego pecha. Kiedy jednak przyjdzie do ciebie ktoś z problemem, nigdy go nie zrozumiesz, nie będziesz w stanie mu pomóc”. Och – krzyknęła do siebie kobieta – oto słowa, na które całe życie czekałam. Dostałam nową szansę! Mogę odmienić moje życie, och widocznie nie jestem taka zła, skoro dobry Duch tego drzewa ulitował się nade mną. Ale zaraz potem zatrzymała swoje myśli nad drugą częścią napisu. – Nie obchodzą mnie inni, chcę być wreszcie szczęśliwa – powiedziała do siebie, czy ja obchodziłam kogokolwiek, gdy było mi źle? I potem przeczytała napis na drugiej tabliczce: „Nic nie zmieni się w twoim życiu, ale ty zmienisz się nie do poznania. Nie zawrócisz po nowy los, ale swój przekujesz na szczęście”. Pomyślała, że to bardzo podchwytliwe, w rzeczywistości druga tabliczka mówiła o tym samym, co pierwsza… kobieta jednak postanowiła zawrócić. Jak postanowiła, tak zrobiła. W połowie drogi jednak zawróciła. – Nie chcę niczego nie przeżyć. Skoro te wszystkie trudy za mną, po co mam się narażać na inne (wiedziała bowiem, że nie ma takiego życia, takich wyborów, które nie niosłyby za sobą pewnych konsekwencji), zdecydowała, że pójdzie dalej z tym bagażem jaki ma, z takim a nie innym garbem doświadczeń i wykorzysta je najlepiej jak tylko będzie umiała.
Gdy tylko tak postanowiła, natychmiast przypomniało jej się setki cudownych zdarzeń z życia o których całkiem zapomniała i jak na skrzydłach poleciała ku przyszłości i zamiast zaczynać od nowa, wykorzystała to, co już potrafi, by żyć dla innych. A kiedy zaczęła żyć dla innych, okazało się, że to jest właśnie jej szczęśliwe życie. W tajemnicy Wam powiem, że nawet spotkała miłość swojego życia, ale dopiero wtedy, gdy przestała koncentrować się na swoich nieszczęściach."
Źródło: https://www.facebook.com/DrzewoZyciaTiferet/photos/a.305496676204035.73219.305479529539083/818546454899052/?type=1&theater
środa, 11 marca 2015
Magisterka
Cel piękny, renowacja Dziewoklicza, przebudzenie turystyki żeglarskiej w tym rejonie, aktywizacja sportów wodnych i plażowych, reklama ruchu na wolnym powietrzu, odświeżenie wizerunku, podkreślenie walorów, uatrakcyjnienie oferty. Stworzenie azylu, gdzie wśród natury można by było odpocząć od gwaru i pośpiechu miasta, gdzie dzieci mogłyby się bezpiecznie bawić, a dorośli na chwile zapomnieć o świecie pieniądza. Wykazanie wielkiego potencjału, jaki ma ten skrawek szczecińskiej ziemi, naszej małej ojczyzny.
Wystarczy kartka i ołówek? Nie do końca.
Wystarczy kartka i ołówek? Nie do końca.
Zawsze, kiedy cel, do którego dążę jest większy od moich umiejętności zastygam w paraliżu braku wiary. Bo przecież nie dam rady, nie potrafię, nigdy tego nie robiłam. Liczne próby podjęcia walki i wzięcia byka za rogi spełzają na niczym. Porażka za porażką. Już niby brnę w temat, planuję i… ręce mi opadają. I tak wielokrotnie. Sytuacja po ludzku beznadziejna. Najlepiej byłoby się poddać, zmienić temat, znaleźć pracę i skupić się na tym, żeby za coś się utrzymać, w końcu najwyższa pora. Logiczne, nawet racjonalne i dlatego niepasujące do mojego życia. Stara zasada brzmi: „mierzyć siły na zamiary”, znam, słyszałam. Dlaczego więc sięgam po coś, co leży na zbyt wysokiej półce?
Po prostu weszło mi to w nawyk.
Od czterech lat uczę się chodzenia pod prąd, ale nie na przekór, w formie ślepego buntu, tylko podważając opinię ogółu, szukając prawdy i wolności, która odpowiadałaby na potrzeby mojego własnego wnętrza.
Gdybym mogła liczyć tylko na własne siły nie nawróciłabym się cztery lata temu, a raczej nie zaczęłabym się nawracać, bo przecież to proces na całe życie. Nie wytrzymałabym w kościele do godziny 23 każdego dnia wielkopostnych rekolekcji tamtego roku, podczas gdy wcześniej wychodziłam z niedzielnej Mszy zaraz po błogosławieństwie. Nie poszłabym na katolicką dyskotekę bez alkoholu. Nie wylądowałabym na Mszy z egzorcystą. Nie znalazłabym się w duszpasterstwie, które jawiło mi się, jako zamknięte towarzystwo ludzi świętych, niemających nic wspólnego ze zwykłymi grzesznikami. Nie pojechałabym na „odową” wrześniową wyprawę w ukraińskie góry z ludźmi, których w ogóle nie znałam. Nie zmieniłabym swojego życia, towarzystwa, w jakim się obracałam, sposobów na spędzanie wolnego czasu. Nie poznałabym tylu tak cudownych ludzi. Nie odkryłabym tak wielu talentów. Nie wychodziłabym naprzeciw trudnością. Nie poznałabym i nie rozwinęła w sobie tych unikalnych kobiecych cech i zdolności, instynktu macierzyńskiego. Nie przeszłabym przez każdy kolejny semestr studiów, kiedy to więcej czasu spędzałam w duszpasterstwie, na spotkaniach czy wyjazdach, niż na siedzeniu nad książkami i na nauce. Nie podniosłabym się tak szybko po wypadku, nie umiałabym odnaleźć sensu we wszystkim, co trudne. Nie podjęłabym się pisania i obrony inżynierki w czasie, gdy nawet leżąc odczuwałam ból. Nie wytrzymałabym tylu dni przekicanych o kulach, kolejek u lekarzy, ganiania na zabiegi i rehabilitacje. Załamałabym się każdą pesymistyczną opinią lekarską. Pozwoliłabym sobie na odgrywanie roli biednej i schorowanej po operacji. Nie walczyłabym o moje studia. Już dawno przygniotłoby mnie wiele spraw. Choćby ta nieudolna walka z magisterką.
Czasami jest ciężko i nie zawsze znajduję w sobie siłę by cieszyć się życiem i tym, co posiadam. Zdarza się, że mam wrażenie, że już więcej nie uniosę i opcja poddania się, wygląda jak kusząca oferta roku. I pewnie poddałabym się, gdyby nie wiara. Wiara w to, że Bóg jest i wspiera każdego dnia. Niekiedy zwleka z pomocą, pokazując, że sama sobie z tym poradzę. Nie raz dopuszcza trudności żebym mogła się czegoś nauczyć. W Jego rękach wszystko ma sens. Nawet, gdy się pogubię, On potrafi to wszystko rozplątać i wskazać drogę wyjścia. Nie traktuje mnie jak jakiejś zabawki w labiryncie przeznaczenia. Daje mi wolny wybór na każdą chwilę życia. W Jego oczach mam nieskończoną, niezbywalną godność i wartość. On widzi cały mój potencjał i wszystkie słabe strony. Wie, do czego jestem zdolna, nad czym jeszcze muszę popracować. I prowadzi mnie po najlepszych drogach, gdy tylko zapytam i posłucham Jego podpowiedzi.
Czasami wybiera dla mnie zbyt wysokie półki, po to bym mogła do nich podrosnąć. Żebym nie zatrzymała się, tylko sięgała coraz wyżej.
Po prostu weszło mi to w nawyk.
Od czterech lat uczę się chodzenia pod prąd, ale nie na przekór, w formie ślepego buntu, tylko podważając opinię ogółu, szukając prawdy i wolności, która odpowiadałaby na potrzeby mojego własnego wnętrza.
Gdybym mogła liczyć tylko na własne siły nie nawróciłabym się cztery lata temu, a raczej nie zaczęłabym się nawracać, bo przecież to proces na całe życie. Nie wytrzymałabym w kościele do godziny 23 każdego dnia wielkopostnych rekolekcji tamtego roku, podczas gdy wcześniej wychodziłam z niedzielnej Mszy zaraz po błogosławieństwie. Nie poszłabym na katolicką dyskotekę bez alkoholu. Nie wylądowałabym na Mszy z egzorcystą. Nie znalazłabym się w duszpasterstwie, które jawiło mi się, jako zamknięte towarzystwo ludzi świętych, niemających nic wspólnego ze zwykłymi grzesznikami. Nie pojechałabym na „odową” wrześniową wyprawę w ukraińskie góry z ludźmi, których w ogóle nie znałam. Nie zmieniłabym swojego życia, towarzystwa, w jakim się obracałam, sposobów na spędzanie wolnego czasu. Nie poznałabym tylu tak cudownych ludzi. Nie odkryłabym tak wielu talentów. Nie wychodziłabym naprzeciw trudnością. Nie poznałabym i nie rozwinęła w sobie tych unikalnych kobiecych cech i zdolności, instynktu macierzyńskiego. Nie przeszłabym przez każdy kolejny semestr studiów, kiedy to więcej czasu spędzałam w duszpasterstwie, na spotkaniach czy wyjazdach, niż na siedzeniu nad książkami i na nauce. Nie podniosłabym się tak szybko po wypadku, nie umiałabym odnaleźć sensu we wszystkim, co trudne. Nie podjęłabym się pisania i obrony inżynierki w czasie, gdy nawet leżąc odczuwałam ból. Nie wytrzymałabym tylu dni przekicanych o kulach, kolejek u lekarzy, ganiania na zabiegi i rehabilitacje. Załamałabym się każdą pesymistyczną opinią lekarską. Pozwoliłabym sobie na odgrywanie roli biednej i schorowanej po operacji. Nie walczyłabym o moje studia. Już dawno przygniotłoby mnie wiele spraw. Choćby ta nieudolna walka z magisterką.
Czasami jest ciężko i nie zawsze znajduję w sobie siłę by cieszyć się życiem i tym, co posiadam. Zdarza się, że mam wrażenie, że już więcej nie uniosę i opcja poddania się, wygląda jak kusząca oferta roku. I pewnie poddałabym się, gdyby nie wiara. Wiara w to, że Bóg jest i wspiera każdego dnia. Niekiedy zwleka z pomocą, pokazując, że sama sobie z tym poradzę. Nie raz dopuszcza trudności żebym mogła się czegoś nauczyć. W Jego rękach wszystko ma sens. Nawet, gdy się pogubię, On potrafi to wszystko rozplątać i wskazać drogę wyjścia. Nie traktuje mnie jak jakiejś zabawki w labiryncie przeznaczenia. Daje mi wolny wybór na każdą chwilę życia. W Jego oczach mam nieskończoną, niezbywalną godność i wartość. On widzi cały mój potencjał i wszystkie słabe strony. Wie, do czego jestem zdolna, nad czym jeszcze muszę popracować. I prowadzi mnie po najlepszych drogach, gdy tylko zapytam i posłucham Jego podpowiedzi.
Czasami wybiera dla mnie zbyt wysokie półki, po to bym mogła do nich podrosnąć. Żebym nie zatrzymała się, tylko sięgała coraz wyżej.
środa, 11 lutego 2015
"A nadzieja zawieść nie może..."? (Rz 5,5)
Dziś pierwszy raz zapłakałam nad misjami, że nie jadę, że skoro mnie nie chcą na długi termin, a ksiądz tak oschło się do mnie zwrócił, to na krótki termin też mnie nie puści. Pierwszy raz nad nimi zapłakałam, w kościele, podczas Mszy. I jakoś tak w wyobraźni stanął mi obraz Matki Bożej Wspomożycielki, jak nigdy.
A wieczorem, gdy doszłam na masaż do gabinetu kochanej pani fizjoterapeutki (kobieta-anioł), na miejscu poznałam jej koleżankę. Kobieta koło 40, misjonarka, świecka, pracująca w Międzynarodowym Centrum Ewangelizacji Ruchu Światło-Życie w Carlsbergu. Była dwa lata w Brazylii i jeszcze jej mało. Opowiedziała mi o różnych wyjazdach z Centrum Ewangelizacyjnego Świeckich, o swoich znajomych, którzy wyjeżdżali na misje, o niektórych, którzy są tam już 6-7 lat, o tym jak inne miejsca przygotowują do wyjazdów. Podzieliłam się z nią moimi obawami, że zdrowie nie to, że łapie wszystkie choroby, że astma i jeszcze coś. Psychicznie też słaba. A ona powiedziała, że to nie jest przeszkoda, że zdrowi wyjeżdżają i tam coś łapią, a ci najsłabsi wyjeżdżają i zostają na długo bez problemów. To znowu zaczęłam marudzić, że do tego trzeba mieć powołanie. A ona, że jeśli jestem wierząca i mam takie pragnienie, to przecież to Bóg nam je daje. I nie ważne, jakie są przeszkody, że ani się nie obejrzę, a będę na misji.
Szalony Pan Bóg, daje nadzieję nawet tam, gdzie wydaje się, że jej nie ma.
Swoją drogą, ta kobieta miała Go w oczach, miała Go tyyyyyyle w swoich oczach.
A wieczorem, gdy doszłam na masaż do gabinetu kochanej pani fizjoterapeutki (kobieta-anioł), na miejscu poznałam jej koleżankę. Kobieta koło 40, misjonarka, świecka, pracująca w Międzynarodowym Centrum Ewangelizacji Ruchu Światło-Życie w Carlsbergu. Była dwa lata w Brazylii i jeszcze jej mało. Opowiedziała mi o różnych wyjazdach z Centrum Ewangelizacyjnego Świeckich, o swoich znajomych, którzy wyjeżdżali na misje, o niektórych, którzy są tam już 6-7 lat, o tym jak inne miejsca przygotowują do wyjazdów. Podzieliłam się z nią moimi obawami, że zdrowie nie to, że łapie wszystkie choroby, że astma i jeszcze coś. Psychicznie też słaba. A ona powiedziała, że to nie jest przeszkoda, że zdrowi wyjeżdżają i tam coś łapią, a ci najsłabsi wyjeżdżają i zostają na długo bez problemów. To znowu zaczęłam marudzić, że do tego trzeba mieć powołanie. A ona, że jeśli jestem wierząca i mam takie pragnienie, to przecież to Bóg nam je daje. I nie ważne, jakie są przeszkody, że ani się nie obejrzę, a będę na misji.
Szalony Pan Bóg, daje nadzieję nawet tam, gdzie wydaje się, że jej nie ma.
Swoją drogą, ta kobieta miała Go w oczach, miała Go tyyyyyyle w swoich oczach.
środa, 4 lutego 2015
"Czujesz się piękna? Dlaczego?"
Kiedyś wydawało mi się, że piękno to coś, z góry zdefiniowanego, jak słynne 90/60/90. Szczupła sylwetka, piękne włosy, duże oczy, zniewalający uśmiech. Im wyższa liczba na liczniku podrywających i flirtujących mężczyzn, tym lepiej. I do takiego piękna dążyłam.
Na szczęście w pewnym momencie Bóg pokazał mi jak puste jest zewnętrzne piękno bez pięknego wnętrza, jak złudny i krzywdzący jest obraz kobiety wyluzowanej, skłonnej do niekoniecznie niewinnych i uwłaczających żartów, często ubranej nieskromnie.
Bóg postawił mi na drodze wiele naprawdę cudownych przedstawicielek płci pięknej, których wdzięk nie bazował na tym, co widziały w lusterku. Kobiety piękne, bo szczęśliwe. Starsze, wiedzące, co w życiu ważne i młodsze, czerpiące radość pełnymi garściami. Matki promieniujące ciepłem i miłością i córki, budujące swoją kobiecość na wzorze takich matek. Pielęgniarki, wykonujące swoją pracę z sercem i doktorantki patrzące z troską i wyrozumiałością na kolejne pokolenia studentów. Kobiety w pełnym makijażu, o pięknej duszy, która odbijała się w ich oczach i te nieumalowane, często zmęczone, ale spełnione. Konsekrowane, które wiedzą, dla Kogo żyją i małżonki, dzielne niewiasty Pana i swoich mężów. Misjonarki pracujące gdzieś daleko i te, które tu na miejscu, robią, co mogą na Jego chwałę. Narzeczone walczące o piękne małżeństwo i singielki, których wiara nie ustaje. Pomagające bliskim i nieznajomym, ludziom i zwierzętom. Muzykalne, pisarki, uprawiające sport. Artystki i intelektualistki. Zachwycające się padającym śniegiem, widokiem niemowlaka, małego kotka, czy staruszki, która wspiera się na mężu. Tańczące i te niekoniecznie. Strojne i bardzo skromne. Brunetki i blondynki, o różnej budowie. Nieśmiałe i otwarte, lękliwe i odważne. Piękno to coś ponad to wszystko.
Piękno to coś, co ma się w środku, w sobie. To świadomość postępowania według swojego wnętrza, to poczucie, że jest się potrzebnym i chcianym. To akceptacja siebie taką, jaką jestem, nie zapominając o dalszej pracy nad wadami. Piękno to coś, co wczepił w nas Bóg i co może się przybrudzić, zakurzyć, co możemy schować za kotarą uprzedzeń i zranień. Ale też coś, co nigdy nie zniknie. Będzie tkwiło gdzieś głęboko w nas i czasami będzie dopominało się by je ujawnić, odkryć, pokochać i promieniować nim na otoczenie.
Czasami po prostu czuję się piękna, czasami Bóg mi to mówi na modlitwie, czasami usłyszę to od kogoś innego. Ciągle uczę się, jak być piękną kobietą mojego Boga, od tych, które spotykam na mojej drodze i od Najpiękniejszej – Niepokalanej. Jaki jest Jej sekret?
Jakiś czas temu powiesiłam sobie na ścianie kartkę z napisem „Im więcej się modlę, tym piękniejsza się staję”, ale po obejrzeniu filmu Mary’s Land postanowiłam skreślić część o modlitwie, tak by cały napis brzmiał: „Im więcej kocham, tym piękniejsza się staję”. Ona po prostu kocha, dlatego jest tak nieziemsko piękna! Czy więc nie o to chodzi, zarówno na modlitwie, jak i w całej naszej codzienności, nas kobiet, żebyśmy po prostu kochały?
Na szczęście w pewnym momencie Bóg pokazał mi jak puste jest zewnętrzne piękno bez pięknego wnętrza, jak złudny i krzywdzący jest obraz kobiety wyluzowanej, skłonnej do niekoniecznie niewinnych i uwłaczających żartów, często ubranej nieskromnie.
Bóg postawił mi na drodze wiele naprawdę cudownych przedstawicielek płci pięknej, których wdzięk nie bazował na tym, co widziały w lusterku. Kobiety piękne, bo szczęśliwe. Starsze, wiedzące, co w życiu ważne i młodsze, czerpiące radość pełnymi garściami. Matki promieniujące ciepłem i miłością i córki, budujące swoją kobiecość na wzorze takich matek. Pielęgniarki, wykonujące swoją pracę z sercem i doktorantki patrzące z troską i wyrozumiałością na kolejne pokolenia studentów. Kobiety w pełnym makijażu, o pięknej duszy, która odbijała się w ich oczach i te nieumalowane, często zmęczone, ale spełnione. Konsekrowane, które wiedzą, dla Kogo żyją i małżonki, dzielne niewiasty Pana i swoich mężów. Misjonarki pracujące gdzieś daleko i te, które tu na miejscu, robią, co mogą na Jego chwałę. Narzeczone walczące o piękne małżeństwo i singielki, których wiara nie ustaje. Pomagające bliskim i nieznajomym, ludziom i zwierzętom. Muzykalne, pisarki, uprawiające sport. Artystki i intelektualistki. Zachwycające się padającym śniegiem, widokiem niemowlaka, małego kotka, czy staruszki, która wspiera się na mężu. Tańczące i te niekoniecznie. Strojne i bardzo skromne. Brunetki i blondynki, o różnej budowie. Nieśmiałe i otwarte, lękliwe i odważne. Piękno to coś ponad to wszystko.
Piękno to coś, co ma się w środku, w sobie. To świadomość postępowania według swojego wnętrza, to poczucie, że jest się potrzebnym i chcianym. To akceptacja siebie taką, jaką jestem, nie zapominając o dalszej pracy nad wadami. Piękno to coś, co wczepił w nas Bóg i co może się przybrudzić, zakurzyć, co możemy schować za kotarą uprzedzeń i zranień. Ale też coś, co nigdy nie zniknie. Będzie tkwiło gdzieś głęboko w nas i czasami będzie dopominało się by je ujawnić, odkryć, pokochać i promieniować nim na otoczenie.
Czasami po prostu czuję się piękna, czasami Bóg mi to mówi na modlitwie, czasami usłyszę to od kogoś innego. Ciągle uczę się, jak być piękną kobietą mojego Boga, od tych, które spotykam na mojej drodze i od Najpiękniejszej – Niepokalanej. Jaki jest Jej sekret?
Jakiś czas temu powiesiłam sobie na ścianie kartkę z napisem „Im więcej się modlę, tym piękniejsza się staję”, ale po obejrzeniu filmu Mary’s Land postanowiłam skreślić część o modlitwie, tak by cały napis brzmiał: „Im więcej kocham, tym piękniejsza się staję”. Ona po prostu kocha, dlatego jest tak nieziemsko piękna! Czy więc nie o to chodzi, zarówno na modlitwie, jak i w całej naszej codzienności, nas kobiet, żebyśmy po prostu kochały?
Powód napisania:
środa, 28 stycznia 2015
28.01.2014r.
Jej imię nie bez powodu oznacza „anioł”, „posłaniec”, bo bez wątpienia jest takim aniołem w ludzkiej postaci.
Kobieta, która pomogła mi zrozumieć samą siebie. Wierna towarzyszka radości i smutków. Patrząca na świat oczami Boga, nie gardząc, tylko przygarniając. Prosta, a mająca w sobie milion tajemnic do odkrycia. Wrażliwa, ale potrafiąca walczyć o to, co naprawdę ważne, o tych, co są dla niej ważni. Wysłuchująca i empatyczna jak mało kto. Nieświadoma siły, jaką w sobie nosi, może i dobrze, jeszcze popadłaby w samouwielbienie ;) Kochana kobieta, troskliwa, uwielbiająca dzieci, zwierzęta. Oglądaliście kiedyś bajki? Te o księżniczkach, które nie były cenione za władzę, ale za dobroć serca, za otwarcie i zauważenie potrzebującego człowieka, za delikatność, subtelność, wystrzeganie się zła i wszystkiego, co nieczyste. Walczące o sprawiedliwość i świadome tego, że kochać, oznacza służyć, bezinteresownie. Piękne nie tylko na zewnątrz, ale też w środku. Promieniujące ciepłem na otoczenie.
Znam takie kobiety, które potrafią tak kochać. Które uczą mnie służby, nie zważania na siebie, ale na tych, którym potrzebna jest pomoc, często zapominając o sobie. Czułe, troskliwe, przejęte sprawami innych. Potrafiące działać i walczyć o to, co naprawdę ważne. Takie kobiety poznałam w duszpasterstwie akademickim.
Gdyby nie one, już dawno poddałabym się w walce z egoizmem, ze strachem przed zaangażowaniem, przed dawaniem siebie, ale dzięki nim ciągle walczę. Może kiedyś Pan Bóg da mi jakąś taryfę ulgową i sprawi, że będę potrafiła tak bezinteresownie kochać. Nie uciekać, nie chować się, tylko dawać siebie mimo wszystko.
A póki co… Dziękuję, że jesteście!
A dziś szczególnie dziękuję Tobie, Angeliko! Za to, że jesteś, za to, że byłaś w tych najgorszych momentach i nieustannie wspierałaś. Za to, że jesteś, jaka jesteś, prawdziwa, bez gier i pozorów. Za to, że mogę słuchać opowieści o wielkiej miłości, o tym, że można tak! kochać. I proszę, zrób coś dla mnie…
…bądź dalej taką piękną kobietą, silną Jego mocą, zmieniającą świat!
Wszystkiego najlepszego!
Kobieta, która pomogła mi zrozumieć samą siebie. Wierna towarzyszka radości i smutków. Patrząca na świat oczami Boga, nie gardząc, tylko przygarniając. Prosta, a mająca w sobie milion tajemnic do odkrycia. Wrażliwa, ale potrafiąca walczyć o to, co naprawdę ważne, o tych, co są dla niej ważni. Wysłuchująca i empatyczna jak mało kto. Nieświadoma siły, jaką w sobie nosi, może i dobrze, jeszcze popadłaby w samouwielbienie ;) Kochana kobieta, troskliwa, uwielbiająca dzieci, zwierzęta. Oglądaliście kiedyś bajki? Te o księżniczkach, które nie były cenione za władzę, ale za dobroć serca, za otwarcie i zauważenie potrzebującego człowieka, za delikatność, subtelność, wystrzeganie się zła i wszystkiego, co nieczyste. Walczące o sprawiedliwość i świadome tego, że kochać, oznacza służyć, bezinteresownie. Piękne nie tylko na zewnątrz, ale też w środku. Promieniujące ciepłem na otoczenie.
Znam takie kobiety, które potrafią tak kochać. Które uczą mnie służby, nie zważania na siebie, ale na tych, którym potrzebna jest pomoc, często zapominając o sobie. Czułe, troskliwe, przejęte sprawami innych. Potrafiące działać i walczyć o to, co naprawdę ważne. Takie kobiety poznałam w duszpasterstwie akademickim.
Gdyby nie one, już dawno poddałabym się w walce z egoizmem, ze strachem przed zaangażowaniem, przed dawaniem siebie, ale dzięki nim ciągle walczę. Może kiedyś Pan Bóg da mi jakąś taryfę ulgową i sprawi, że będę potrafiła tak bezinteresownie kochać. Nie uciekać, nie chować się, tylko dawać siebie mimo wszystko.
A póki co… Dziękuję, że jesteście!
A dziś szczególnie dziękuję Tobie, Angeliko! Za to, że jesteś, za to, że byłaś w tych najgorszych momentach i nieustannie wspierałaś. Za to, że jesteś, jaka jesteś, prawdziwa, bez gier i pozorów. Za to, że mogę słuchać opowieści o wielkiej miłości, o tym, że można tak! kochać. I proszę, zrób coś dla mnie…
…bądź dalej taką piękną kobietą, silną Jego mocą, zmieniającą świat!
Wszystkiego najlepszego!
środa, 14 stycznia 2015
Św. Joanna Beretta Molla
„Wszystko dla Ciebie, mój Boże, moja największa miłości, kiedy coś czynię, cierpię i myślę. W każdym moim oddechu pragnę ofiarować Tobie moją duszę, poświęcić Ci moje serce i niech wzrasta we mnie ogień Twojej Boskiej Miłości. Kochany Jezu, w Twoim pięknym sercu pragnę schronić się, a w moim sercu pragnę uczynić mieszkanie dla Ciebie i chcę żyć i umierać na zawsze, nie opuszczając nigdy Ciebie. Będąc wdzięczna i wynagradzając moje przeszłe niewierności, Tobie ofiaruję moje ubogie serce i wewnętrznie poświęcam je Tobie, mój Jezu, i pragnę z Twoją pomocą nigdy więcej nie grzeszyć.”– te słowa napisała podczas rekolekcji prowadzonych przez jezuitę o. Avedano, niespełna szesnastoletnia Joanna Franciszka Beretta. Kto by przypuszczał, że ta młodziutka dziewczyna pochylona nad jakimś zeszycikiem, siedząc w kościelnej ławce, zapisuje najintymniejsze wyznania miłości do Chrystusa, któremu zostanie wierna już na zawsze.
Joanna Beretta Molla urodziła się 4 października 1922 roku w Magencie. Zmarła 28 kwietnia 1962 roku. Spoczywa na cmentarzu w Mesero.
Joanna Beretta Molla – święta matka, która poświęciła swoje życie za poczęte dziecko została kanonizowana 16 maja 2004 roku. Nie została kanonizowana wyłącznie za ostatni akt jej heroicznej miłości. Zresztą nie byłaby do niego zdolna, gdyby nie świętość całego jej życia.
„Najwyższa ofiara, którą uwieńczyła swe życie – powiedział Ojciec Święty Jan Paweł II podczas homilii 16 maja, kiedy ogłosił Ją świętą – świadczy o tym, że tylko wtedy człowiek może się zrealizować, gdy ma odwagę całkowicie poświęcić się Bogu i braciom”. Słowa wypowiedziane przez Ojca Świętego odzwierciedlają sens życia św. Joanny.
Marzeniem młodziutkiej Joanny było pójść w ślady swojego starszego brata Alberta, który wyjechał na misje do Brazylii. Joanna, mając to na uwadze ukończyła studia medyczne, zrobiła dwie specjalizacje, rozpoczęła praktykę lekarską, poszła na kurs języka portugalskiego, angażowała się w działalność Akcji Katolickiej oraz w pracę charytatywną w Stowarzyszeniu św. Wincentego a Paulo i dużo, bardzo dużo modliła się, bo czuła, że ma zostać świecką misjonarką. Po uzyskaniu dyplomu z medycyny i chirurgii na Uniwersytecie w Pavia otworzyła klinikę medyczną w Mesero. Zrobiła specjalizację z pediatrii na Uniwersytecie w Mediolanie, gdzie później kontynuowała swoją praktykę lekarską.
Okazało się jednak, że i w tym wypadku Pan Bóg miał głos decydujący. Miała w zwyczaju konfrontować swoje plany ze wskazówkami kierownika duchowego. Tym razem otrzymała od niego radę, żeby ostateczną decyzję podjęła po odprawieniu nowenny. Tak też uczyniła i … proces rozeznawania powołania trzeba było rozpocząć od nowa. Nie było to łatwe. Dość długo poszukiwała właściwej drogi życia. Przyznała później szczerze, że był to dla niej prawdziwy czas niepewności i duchowej rozterki …
Kiedy jednak odkryła, że Bóg chce ją widzieć w rodzinie, potraktowała małżeństwo jako prawdziwy dar i zadanie. 24 września 1955 roku wzięła ślub z Piotrem Mollą. Ponadto swoje powołanie macierzyńskie Joanna odkrywała stopniowo. Było to więc macierzyństwo bardzo świadome. W 1956 urodziła syna Pierluigiego, w 1957 roku córkę Mariolinę, a w 1959 córkę Laurettę. W 1961 roku, podczas czwartej ciąży w jej macicy rozwinął się włókniak. Zdecydowała się donosić ciążę i w 1962 roku urodziła się Gianna Emanuela. Jednak Joanna Beretta Molla zmarła mając zaledwie 39 lat.
Dlaczego święta? A jednak …
Joanna była znaną włoską lekarką, kobietą wszechstronnie wykształconą, lubiącą świat mody, muzyki, a zarazem kościelnej ciszy i rozmowy z Bogiem. Nie wiedziała, co ją w życiu spotka, ale chciała je przeżyć zgodnie ze słowami swej ulubionej świętej Marii Goretti: „Życie jest piękne, kiedy poświęcone jest wielkim ideałom. Aby móc osiągnąć ten wielki ideał, potrzeba umieć oddać życie”. Ustaliła sobie zatem jasny program życia duchowego: modlitwa, działanie, poświęcenie. Mając na uwadze modlitwę, mówiła: „[…] musimy dawać ludziom to, co Boże, a nie to co ludzkie. A zatem musimy być zjednoczeni z Bogiem. Im większe jest pragnienie, by dużo dawać, tym częściej trzeba czerpać ze źródła, którym jest Pan Bóg”. Każdy powinien być świadkiem. Natomiast tego, jak się poświęcać na co dzień, nauczyła się od swoich rodziców (obydwoje zmarli w 1942 roku), którzy podjęli trud wychowania trzynaściorga dzieci. Każde z rodzeństwa Joanny otrzymało nie tylko doskonałe wykształcenie, ale – co o wiele ważniejsze – tyle miłości, że wszyscy już jako ludzie dorośli sami podjęli służbę na rzecz innych.
Okazało się jednak, że Bóg przygotował dla niej prawdziwy dar w postaci małżeństwa i rodziny założonej przed Jego obliczem 24 września 1955 roku. Już po pierwszych spotkaniach narzeczeńskich Joanna i Piotr dojrzeli do wyznania sobie miłości, którą wzajemnie odczytali jako dar od Pana Boga. Ich kontakty można nazwać „randkami z Jezusem i Maryją”. Cieszyli się radością wzajemnej miłości. Wiedzieli, że sekretem ich szczęścia jest życie każdą chwilą i dziękowanie Panu Jezusowi za wszystko, co On w swej dobroci zsyła im dzień po dniu. W celu duchowego przygotowania i przyjęcia Sakramentu Małżeństwa odbyli coś w rodzaju triduum. Podczas trzech dni poprzedzających ich zaślubiny przed Bogiem uczestniczyli we Mszy św. i przyjmowali Komunię św., Joanna w Sanktuarium Matki Bożej Wniebowziętej, a Piotr w Ponte Nuovo. Uważali, iż Madonna połączy ich modlitwy i pragnienia. Joanna Beretta wierzyła, że nikt tak ściśle jak Jezus ich nie połączy. Była przekonana, że miłość jest najpiękniejszym doświadczeniem, jakie Pan Bóg włożył w dusze ludzi. Dlatego sakrament małżeństwa, którego nie mogła się doczekać, nazywała sakramentem miłości. Sądziła, że do tego sakramentu zbliża się przez naukę prawdziwej miłości. „Powołanie do życia rodzinnego nie oznacza zaręczenia się w wieku lat czternastu. Nie możemy wkraczać na tę drogę, jeśli się nie umie kochać. Kochać to znaczy pragnąć doskonalić samego siebie i ukochaną osobę, przezwyciężając własny egoizm, podarować siebie. Miłość musi być całkowita, pełna, kompletna, regulowana według prawa Bożego i musi trwać wiecznie aż po niebo.” Joanna była bardzo uczuciowa. Lgnęła całym sercem do Piotra, ale znała wartość czystości. Bez dwuznaczności mówiła: „Czystość ma kierować właściwym i dozwolonym korzystaniem z przyjemności zmysłowych. Nasze ciało jest narzędziem połączonym z duszą dla czynienia dobra. Jak zachować czystość? Otoczyć nasze ciało ogrodzeniem poświęcenia. Czystość staje się piękna. Czystość staje się wolnością”. To właśnie wolność wewnętrzna dała jej szansę wyboru właściwej drogi. Dlatego też swoim życiem ukazała, jak należy przeżywać czas bezrobocia, czas rozstania z mężem, który wyjechał do USA na pewien okres w sprawach biznesowych, i czas szybkiego bogacenia połączony z zakładaniem własnej firmy.
Ale czy Joanna to nie jakaś dewotka? Nic podobnego. Religijność Joanny była spontaniczna i naturalna. Piękna Włoszka była na bieżąco z obowiązującymi ówcześnie trendami mody, znała tajniki subtelnego makijażu. Używała perfum. Nieobcy był jej świat dźwięków – grała na pianinie. Malowała. Jeździła na nartach i uprawiała alpinizm. Dobrze kierowała autem. Miała stały karnet na występy w operze. Wiedziała, po co chodzi się do kina i teatru. Kochała tańczyć i tańczyła tak, że innym było trochę wstyd, iż oni tak nie potrafią. Czerpała radość życia pełnymi garściami. Ćwiczenia duchowe wzbogacane były o radość i pogodę ducha. Uśmiech Joanny urzekał jej męża, był promykiem słońca dla dzieci i zjednywał wielu ludzi. To kobieta pełna życia, dbająca o swoją godność. Urok zewnętrzny szedł u niej w parze z pięknem serca. Należy dodać, iż w ten sposób Joanna wyprzedziła czasy. Była niejako prekursorką potrafiącą przeżywać swą wiarę w radości. Nie była skupiona tylko na sobie, ale otwarta na pomoc osobom starszym i potrzebującym. Podejmowała najzwyklejsze prace domowe. Można więc ją było zobaczyć ze ścierką czy siatką pełną zakupów. Prowadziła dom otwarty na sąsiadów i potrzebujących. Sama, będąc lekarką, służyła swoim pacjentom czasem, talentem, a kiedy trzeba było to także dyskretnym wsparciem finansowym.
Małżonkowie Molla doświadczali rozmaitych trudności, lecz zawsze szukali dobra i z Bożą pomocą potrafili je wspólnie znosić. Joanna bardzo pragnęła wielodzietnej rodziny. Obydwoje z Piotrem potraktowali rodzenie dzieci jako współpracę ze Stwórcą. Z medycznego punktu widzenia za każdym razem stan błogosławiony nie był dla Joanny łatwy. Dwukrotnie przeżyła ogromny smutek, jaki towarzyszy matce z powodu naturalnego poronienia. Ale ostateczna próba nadeszła później. „W małżeństwie byliśmy tak szczęśliwi – wspomina Piotr. – nikt nie przypuszczał, co nam przyjdzie razem przeżyć. Kiedy mieliśmy trójkę dzieci, podczas oczekiwania na czwarte, wykryto u Joanny bardzo niebezpiecznego włókniaka macicy. Specjaliści przedłożyli jej trzy możliwości: usunięcie włókniaka wraz z macicą, co ratowałoby życie jej, poświęcając jednak życie poczętego dziecka; usunięcie włókniaka i przerwanie ciąży, co pozwoliłoby być może mieć kolejne dzieci; oraz próbę usuwania włókniaka przy jednoczesnym staraniu się, aby nie zniszczyć poczętego życia”. Joanna wybrała … Jakby mimo woli, na około 15 dni przed terminem porodu, powiedziała mężowi: „Jeśli będziecie musieli wybierać pomiędzy mną a dzieckiem, wybierzcie dziecko”. To samo zdanie powtórzyła kilkakrotnie również profesorowi, który ją operował, prosząc go usilnie, by uczynił wszystko, co w jego mocy, aby ocalić poczęte dziecko. Urodziła się piękna dziewczynka, która tak jak mama zapragnęła zostać lekarką. I też nosi imię Joanna… Córka Joanna Emanuela, czyli „Bóg z nami” zna swoją mamę wyłącznie z przekazów taty, wujostwa oraz nieco starszego rodzeństwa. Jest swojej mamie wdzięczna oczywiście najpierw za to, że oddała dla niej swoje życie. Ale jest równie wdzięczna za wzór, jaki po sobie pozostawiła. Mówi: „Moja mamusia czuwa nade mną. Moja mamusia jest ze mną. Moja mamusia wcale nie odeszła…”.
Niestety, sama Joanna żyła jeszcze zaledwie kilka dni. Odczuwała ogromne bóle fizyczne. Nie mniejszy był zapewne też ból psychiczny. Choć bardzo cierpiała, umierała godnie. Piotr wspomina to tak: „Ciągle jeszcze widzę Joannę, kiedy to rankiem w niedzielę Zmartwychwstania w 1962 roku na oddziale położniczym w szpitalu w Monzie i z taką trudnością bierze w ramiona podane dziecko. Potem je całuje. Patrzy na nie ze smutkiem i cierpieniem. To jest dla mnie znak, że ma świadomość, iż będzie je musiała osierocić. Od tego dnia bóle już nie ustawały. Tak bardzo była cierpiąca. W nocy z wtorku na środę w Oktawie Zmartwychwstania przeżyła bardzo ciężką zapaść. W środę rano poprosiła mnie, abym się zbliżył i powiedziała: Piotrze, ja już tam byłam i czy ty wiesz, co widziałam? Pewnego dnia opowiem ci o tym. Ale ponieważ byliśmy zbyt szczęśliwi, żyliśmy zbyt dobrze z naszymi cudownymi dziećmi, pełni zdrowia i łaski, ze wszystkimi błogosławieństwami nieba, zostałam odesłana tu ponownie, aby jeszcze pocierpieć, gdyż nie jest słusznym stanąć przed Panem Jezusem bez wielu cierpień.” Taka była ostatnia rozmowa Piotra z żoną. „Dla mnie to właśnie był testament radości i cierpienia, oddania i ufności Bogu” – wyznał.
Joanna już wcześniej, zanim doszło do sytuacji, kiedy musiała wybierać pomiędzy swoim życiem a życiem dziecka poczętego, była świadoma, że każde powołanie jest powołaniem do macierzyństwa albo fizycznego, albo duchowego i moralnego. Co więcej, była przekonana, że w każdym powołaniu, zwłaszcza matki, mogą przyjść chwile, iż trzeba będzie zdobyć się nawet na oddanie własnego życia, by zachować to, które się poczęło. Tym niemniej Joanna nigdy nie żyła, myśląc o sobie w kategoriach męczeństwa. Jej wybór życia był konsekwencją wyborów, których dokonywała od młodości; wyborów piękna, sportowej kondycji czy talentów malarskich i muzycznych, którymi Bóg ją obdarował. Oddanie życia za dziecko było niejako wpisane w jej światopogląd: „Należy bronić każdej formy życia za wszelką cenę, nawet za cenę oddania własnego” – twierdziła.
Joanna miała pełną świadomość, że pozostawia trójkę małych dzieci i czwarte, które się narodzi. Wiedziała, że nie będzie mogła więcej ich do siebie przytulić, nie będzie mogła z nimi pójść na spacer, nie będzie mogła cieszyć się ich głosem i radosnym śmiechem. Jednakowoż czuła, że jeżeli zawierzy Opatrzności Bożej, to krzywda jej dzieciom się nie stanie. Joanna miała właściwą hierarchię wartości. Była w bliskim kontakcie z Panem Bogiem, którego traktowała w sposób osobowy. Za najbliższą powiernicę obrała sobie Matkę Najświętszą, której powierzała wszystkie swoje sprawy, dlatego na przykład za każdym razem, kiedy zostawała szczęśliwą mamą, prosiła męża, żeby zaraz po porodzie ofiarowywał każde dziecko Maryi w kościółku położonym nieopodal jej rodzinnego domu, a poświęconym Matce Bożej Dobrej Rady.
Dla Joanny dzieci były dopełnieniem małżeństwa, spełnieniem się jako kobiety i nie przeszkadzały w byciu uznaną lekarką. Potrafiła cieszyć się swoimi sukcesami zawodowymi, ale nie ustawiała ich na szczycie hierarchii wartości. Dlatego też była kobietą szczęśliwą, zawsze pogodną i cieszącą się z każdego kontaktu z drugim człowiekiem. Św. Joanna to również przykład kobiety umiejącej odpoczywać i zachęcającej do odpoczynku rodzinnego. Postawa męstwa u kobiety dojrzałej, według Joanny, polegała na podejmowaniu trudów życia, wierności swoim przekonaniom, systematyczności w dążeniu do rozpoznanego na modlitwie celu. To również nieprzerzucanie swoich zmartwień na innych. To postawa kobiecej radości, nie zaś zgorzknienia i narzekania. Dzielna kobieta to zatem nie „kwaśna hardość”, ale pogodny spokój w każdej, czasem nawet bardzo trudnej sytuacji życiowej. Święta Joanna, to kobieta najbardziej wpisana w całą współczesną rzeczywistość ludzi żyjących w małżeństwie.
„Nie przypuszczałem, że żyłem obok jakiejś świętej – wyznaje mąż Joanny, inżynier Piotr Molla. – a moja małżonka nigdy nie dawała mi odczuć, iż robi to czy tamto, by dostać się do raju. Ona kochała życie. Była normalną, kochającą żoną i matką. Po prostu sobą”.
To właśnie ta osoba staje się wzorcem życia dla coraz większej liczby małżeństw na całym świecie. To kobieta promująca ludzkie życie, broniąca je, a w ostateczności składająca je w ofierze za poczęte dziecko. Jej życie i styl życia całej rodziny Mollów ukazuje wieczną tęsknotę ludzi za prawdziwą miłością małżeńską i rodzinną. Z tej właśnie racji jej kult rozszerza się po różnych zakątkach świata.
Jan Paweł II, podczas homilii 16 maja, kiedy ogłosił Ją świętą, powiedział:„Wynosząc na ołtarze Joannę, Kościół pragnie oddać hołd wszystkim heroicznym matkom, które bez reszty poświęcają się swoim rodzinom, które cierpią, wydając na świat dzieci, które są gotowe podjąć wszelkie trudy, aby przekazać dzieciom wszystko, co najlepsze, bo miłość niejednokrotnie staje się próbą, czasem wręcz heroiczną, która wiele kosztuje macierzyńskie serce kobiety.”
Św. Joanna ukoronowała swoje posłannictwo kobiety, żony i matki, poprzez świadomą ofiarę z życia. Ukazała wyjątkową świętość, przeżywaną w sposób spontaniczny i głęboki przez całe życie. To życie proste, dobre, zwyczajne wzbudziło zainteresowanie wielu ludzi i może być dla nas wszystkich wzorem do naśladowania. Jest patronką narzeczonych i zakochanych, małżonków i rodziców, kobiet oczekujących potomstwa i w stanie błogosławionym, także patronką rozeznających powołanie i służby zdrowia.
I jak przykład Joanny ma nie przemawiać do ludzi, skoro mamy do czynienia ze świętą, która była matką, żoną, lekarzem – kobietą świętą żyjącą w normalnej rodzinie? A rodziny są wszędzie i potrzebują przecież jasnych wzorców, które pokazują, w jaki sposób ustawiać relacje do Boga, współmałżonka, dzieci i pracy zawodowej.
Dlatego też 11 listopada 2007 roku ks. bp Ordynariusz Łomżyński, podczas uroczystej Mszy św. dokonał wprowadzenia relikwii św. Joanny Beretty Molla do Kościoła w parafii p.w. Świętej Rodziny. Uroczystość rozpoczęto już w piątek nowenną ku czci Świętej, wypraszając przez Jej wstawiennictwo potrzebne łaski. Odtąd w parafii, w każdą środę przed Najświętszym Sakramentem oraz relikwiami św. Joanny Beretty Molla odmawiany jest różaniec w intencji rodzin, a w każdą drugą niedzielę miesiąca podczas Mszy św. wierni modlą się w intencji małżeństw, które obchodzą w danym miesiącu rocznicę zawarcia Sakramentu Małżeństwa. A poza tym rodziny, narzeczeni, matki w stanie błogosławionym, ojcowie, lekarze, pielęgniarki, pedagodzy i każdy, komu zależy na jakości rodziny jemu bliskiej i rodzin w ogóle, przychodzą przed relikwie i obraz św. Joanny, aby sobie przypomnieć albo wręcz nauczyć się, co to znaczy być rodziną chrześcijańską. Taka święta jest wszystkim potrzebna… Oto modlitwa, za wstawiennictwem św. Joanny:
Boże, Ty powiedziałeś, że nie ma większej miłości nad tę, kiedy ktoś daje życie za osobę ukochaną. Dziękujemy Ci, że dałeś nam w osobie Joanny płomienny przykład prawdziwej miłości i szacunku dla życia. Dopomóż nam, abyśmy zrozumieli jej przykład życia, rozpowszechniali go i sami nim żyli. Jesteśmy Ci także wdzięczni, ponieważ przez dar jej życia uczysz nas przyjmować i szanować każdą istotę ludzką. Udziel również nam mądrości, rozumu i odwagi, abyśmy za przykładem i wstawiennictwem Joanny, w życiu osobistym, rodzinnym oraz zawodowym, potrafili usłużyć każdemu, by w ten sposób wzrastać w miłości i świętości.
Daj nam za wstawiennictwem św. Joanny, która, idąc za przykładem Twego Syna, ofiarnie złożyła swoje życie za życie innych, tę łaskę, której oczekujemy …
Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Joanna Beretta Molla urodziła się 4 października 1922 roku w Magencie. Zmarła 28 kwietnia 1962 roku. Spoczywa na cmentarzu w Mesero.
Joanna Beretta Molla – święta matka, która poświęciła swoje życie za poczęte dziecko została kanonizowana 16 maja 2004 roku. Nie została kanonizowana wyłącznie za ostatni akt jej heroicznej miłości. Zresztą nie byłaby do niego zdolna, gdyby nie świętość całego jej życia.
„Najwyższa ofiara, którą uwieńczyła swe życie – powiedział Ojciec Święty Jan Paweł II podczas homilii 16 maja, kiedy ogłosił Ją świętą – świadczy o tym, że tylko wtedy człowiek może się zrealizować, gdy ma odwagę całkowicie poświęcić się Bogu i braciom”. Słowa wypowiedziane przez Ojca Świętego odzwierciedlają sens życia św. Joanny.
Marzeniem młodziutkiej Joanny było pójść w ślady swojego starszego brata Alberta, który wyjechał na misje do Brazylii. Joanna, mając to na uwadze ukończyła studia medyczne, zrobiła dwie specjalizacje, rozpoczęła praktykę lekarską, poszła na kurs języka portugalskiego, angażowała się w działalność Akcji Katolickiej oraz w pracę charytatywną w Stowarzyszeniu św. Wincentego a Paulo i dużo, bardzo dużo modliła się, bo czuła, że ma zostać świecką misjonarką. Po uzyskaniu dyplomu z medycyny i chirurgii na Uniwersytecie w Pavia otworzyła klinikę medyczną w Mesero. Zrobiła specjalizację z pediatrii na Uniwersytecie w Mediolanie, gdzie później kontynuowała swoją praktykę lekarską.
Okazało się jednak, że i w tym wypadku Pan Bóg miał głos decydujący. Miała w zwyczaju konfrontować swoje plany ze wskazówkami kierownika duchowego. Tym razem otrzymała od niego radę, żeby ostateczną decyzję podjęła po odprawieniu nowenny. Tak też uczyniła i … proces rozeznawania powołania trzeba było rozpocząć od nowa. Nie było to łatwe. Dość długo poszukiwała właściwej drogi życia. Przyznała później szczerze, że był to dla niej prawdziwy czas niepewności i duchowej rozterki …
Kiedy jednak odkryła, że Bóg chce ją widzieć w rodzinie, potraktowała małżeństwo jako prawdziwy dar i zadanie. 24 września 1955 roku wzięła ślub z Piotrem Mollą. Ponadto swoje powołanie macierzyńskie Joanna odkrywała stopniowo. Było to więc macierzyństwo bardzo świadome. W 1956 urodziła syna Pierluigiego, w 1957 roku córkę Mariolinę, a w 1959 córkę Laurettę. W 1961 roku, podczas czwartej ciąży w jej macicy rozwinął się włókniak. Zdecydowała się donosić ciążę i w 1962 roku urodziła się Gianna Emanuela. Jednak Joanna Beretta Molla zmarła mając zaledwie 39 lat.
Dlaczego święta? A jednak …
Joanna była znaną włoską lekarką, kobietą wszechstronnie wykształconą, lubiącą świat mody, muzyki, a zarazem kościelnej ciszy i rozmowy z Bogiem. Nie wiedziała, co ją w życiu spotka, ale chciała je przeżyć zgodnie ze słowami swej ulubionej świętej Marii Goretti: „Życie jest piękne, kiedy poświęcone jest wielkim ideałom. Aby móc osiągnąć ten wielki ideał, potrzeba umieć oddać życie”. Ustaliła sobie zatem jasny program życia duchowego: modlitwa, działanie, poświęcenie. Mając na uwadze modlitwę, mówiła: „[…] musimy dawać ludziom to, co Boże, a nie to co ludzkie. A zatem musimy być zjednoczeni z Bogiem. Im większe jest pragnienie, by dużo dawać, tym częściej trzeba czerpać ze źródła, którym jest Pan Bóg”. Każdy powinien być świadkiem. Natomiast tego, jak się poświęcać na co dzień, nauczyła się od swoich rodziców (obydwoje zmarli w 1942 roku), którzy podjęli trud wychowania trzynaściorga dzieci. Każde z rodzeństwa Joanny otrzymało nie tylko doskonałe wykształcenie, ale – co o wiele ważniejsze – tyle miłości, że wszyscy już jako ludzie dorośli sami podjęli służbę na rzecz innych.
Okazało się jednak, że Bóg przygotował dla niej prawdziwy dar w postaci małżeństwa i rodziny założonej przed Jego obliczem 24 września 1955 roku. Już po pierwszych spotkaniach narzeczeńskich Joanna i Piotr dojrzeli do wyznania sobie miłości, którą wzajemnie odczytali jako dar od Pana Boga. Ich kontakty można nazwać „randkami z Jezusem i Maryją”. Cieszyli się radością wzajemnej miłości. Wiedzieli, że sekretem ich szczęścia jest życie każdą chwilą i dziękowanie Panu Jezusowi za wszystko, co On w swej dobroci zsyła im dzień po dniu. W celu duchowego przygotowania i przyjęcia Sakramentu Małżeństwa odbyli coś w rodzaju triduum. Podczas trzech dni poprzedzających ich zaślubiny przed Bogiem uczestniczyli we Mszy św. i przyjmowali Komunię św., Joanna w Sanktuarium Matki Bożej Wniebowziętej, a Piotr w Ponte Nuovo. Uważali, iż Madonna połączy ich modlitwy i pragnienia. Joanna Beretta wierzyła, że nikt tak ściśle jak Jezus ich nie połączy. Była przekonana, że miłość jest najpiękniejszym doświadczeniem, jakie Pan Bóg włożył w dusze ludzi. Dlatego sakrament małżeństwa, którego nie mogła się doczekać, nazywała sakramentem miłości. Sądziła, że do tego sakramentu zbliża się przez naukę prawdziwej miłości. „Powołanie do życia rodzinnego nie oznacza zaręczenia się w wieku lat czternastu. Nie możemy wkraczać na tę drogę, jeśli się nie umie kochać. Kochać to znaczy pragnąć doskonalić samego siebie i ukochaną osobę, przezwyciężając własny egoizm, podarować siebie. Miłość musi być całkowita, pełna, kompletna, regulowana według prawa Bożego i musi trwać wiecznie aż po niebo.” Joanna była bardzo uczuciowa. Lgnęła całym sercem do Piotra, ale znała wartość czystości. Bez dwuznaczności mówiła: „Czystość ma kierować właściwym i dozwolonym korzystaniem z przyjemności zmysłowych. Nasze ciało jest narzędziem połączonym z duszą dla czynienia dobra. Jak zachować czystość? Otoczyć nasze ciało ogrodzeniem poświęcenia. Czystość staje się piękna. Czystość staje się wolnością”. To właśnie wolność wewnętrzna dała jej szansę wyboru właściwej drogi. Dlatego też swoim życiem ukazała, jak należy przeżywać czas bezrobocia, czas rozstania z mężem, który wyjechał do USA na pewien okres w sprawach biznesowych, i czas szybkiego bogacenia połączony z zakładaniem własnej firmy.
Ale czy Joanna to nie jakaś dewotka? Nic podobnego. Religijność Joanny była spontaniczna i naturalna. Piękna Włoszka była na bieżąco z obowiązującymi ówcześnie trendami mody, znała tajniki subtelnego makijażu. Używała perfum. Nieobcy był jej świat dźwięków – grała na pianinie. Malowała. Jeździła na nartach i uprawiała alpinizm. Dobrze kierowała autem. Miała stały karnet na występy w operze. Wiedziała, po co chodzi się do kina i teatru. Kochała tańczyć i tańczyła tak, że innym było trochę wstyd, iż oni tak nie potrafią. Czerpała radość życia pełnymi garściami. Ćwiczenia duchowe wzbogacane były o radość i pogodę ducha. Uśmiech Joanny urzekał jej męża, był promykiem słońca dla dzieci i zjednywał wielu ludzi. To kobieta pełna życia, dbająca o swoją godność. Urok zewnętrzny szedł u niej w parze z pięknem serca. Należy dodać, iż w ten sposób Joanna wyprzedziła czasy. Była niejako prekursorką potrafiącą przeżywać swą wiarę w radości. Nie była skupiona tylko na sobie, ale otwarta na pomoc osobom starszym i potrzebującym. Podejmowała najzwyklejsze prace domowe. Można więc ją było zobaczyć ze ścierką czy siatką pełną zakupów. Prowadziła dom otwarty na sąsiadów i potrzebujących. Sama, będąc lekarką, służyła swoim pacjentom czasem, talentem, a kiedy trzeba było to także dyskretnym wsparciem finansowym.
Małżonkowie Molla doświadczali rozmaitych trudności, lecz zawsze szukali dobra i z Bożą pomocą potrafili je wspólnie znosić. Joanna bardzo pragnęła wielodzietnej rodziny. Obydwoje z Piotrem potraktowali rodzenie dzieci jako współpracę ze Stwórcą. Z medycznego punktu widzenia za każdym razem stan błogosławiony nie był dla Joanny łatwy. Dwukrotnie przeżyła ogromny smutek, jaki towarzyszy matce z powodu naturalnego poronienia. Ale ostateczna próba nadeszła później. „W małżeństwie byliśmy tak szczęśliwi – wspomina Piotr. – nikt nie przypuszczał, co nam przyjdzie razem przeżyć. Kiedy mieliśmy trójkę dzieci, podczas oczekiwania na czwarte, wykryto u Joanny bardzo niebezpiecznego włókniaka macicy. Specjaliści przedłożyli jej trzy możliwości: usunięcie włókniaka wraz z macicą, co ratowałoby życie jej, poświęcając jednak życie poczętego dziecka; usunięcie włókniaka i przerwanie ciąży, co pozwoliłoby być może mieć kolejne dzieci; oraz próbę usuwania włókniaka przy jednoczesnym staraniu się, aby nie zniszczyć poczętego życia”. Joanna wybrała … Jakby mimo woli, na około 15 dni przed terminem porodu, powiedziała mężowi: „Jeśli będziecie musieli wybierać pomiędzy mną a dzieckiem, wybierzcie dziecko”. To samo zdanie powtórzyła kilkakrotnie również profesorowi, który ją operował, prosząc go usilnie, by uczynił wszystko, co w jego mocy, aby ocalić poczęte dziecko. Urodziła się piękna dziewczynka, która tak jak mama zapragnęła zostać lekarką. I też nosi imię Joanna… Córka Joanna Emanuela, czyli „Bóg z nami” zna swoją mamę wyłącznie z przekazów taty, wujostwa oraz nieco starszego rodzeństwa. Jest swojej mamie wdzięczna oczywiście najpierw za to, że oddała dla niej swoje życie. Ale jest równie wdzięczna za wzór, jaki po sobie pozostawiła. Mówi: „Moja mamusia czuwa nade mną. Moja mamusia jest ze mną. Moja mamusia wcale nie odeszła…”.
Niestety, sama Joanna żyła jeszcze zaledwie kilka dni. Odczuwała ogromne bóle fizyczne. Nie mniejszy był zapewne też ból psychiczny. Choć bardzo cierpiała, umierała godnie. Piotr wspomina to tak: „Ciągle jeszcze widzę Joannę, kiedy to rankiem w niedzielę Zmartwychwstania w 1962 roku na oddziale położniczym w szpitalu w Monzie i z taką trudnością bierze w ramiona podane dziecko. Potem je całuje. Patrzy na nie ze smutkiem i cierpieniem. To jest dla mnie znak, że ma świadomość, iż będzie je musiała osierocić. Od tego dnia bóle już nie ustawały. Tak bardzo była cierpiąca. W nocy z wtorku na środę w Oktawie Zmartwychwstania przeżyła bardzo ciężką zapaść. W środę rano poprosiła mnie, abym się zbliżył i powiedziała: Piotrze, ja już tam byłam i czy ty wiesz, co widziałam? Pewnego dnia opowiem ci o tym. Ale ponieważ byliśmy zbyt szczęśliwi, żyliśmy zbyt dobrze z naszymi cudownymi dziećmi, pełni zdrowia i łaski, ze wszystkimi błogosławieństwami nieba, zostałam odesłana tu ponownie, aby jeszcze pocierpieć, gdyż nie jest słusznym stanąć przed Panem Jezusem bez wielu cierpień.” Taka była ostatnia rozmowa Piotra z żoną. „Dla mnie to właśnie był testament radości i cierpienia, oddania i ufności Bogu” – wyznał.
Joanna już wcześniej, zanim doszło do sytuacji, kiedy musiała wybierać pomiędzy swoim życiem a życiem dziecka poczętego, była świadoma, że każde powołanie jest powołaniem do macierzyństwa albo fizycznego, albo duchowego i moralnego. Co więcej, była przekonana, że w każdym powołaniu, zwłaszcza matki, mogą przyjść chwile, iż trzeba będzie zdobyć się nawet na oddanie własnego życia, by zachować to, które się poczęło. Tym niemniej Joanna nigdy nie żyła, myśląc o sobie w kategoriach męczeństwa. Jej wybór życia był konsekwencją wyborów, których dokonywała od młodości; wyborów piękna, sportowej kondycji czy talentów malarskich i muzycznych, którymi Bóg ją obdarował. Oddanie życia za dziecko było niejako wpisane w jej światopogląd: „Należy bronić każdej formy życia za wszelką cenę, nawet za cenę oddania własnego” – twierdziła.
Joanna miała pełną świadomość, że pozostawia trójkę małych dzieci i czwarte, które się narodzi. Wiedziała, że nie będzie mogła więcej ich do siebie przytulić, nie będzie mogła z nimi pójść na spacer, nie będzie mogła cieszyć się ich głosem i radosnym śmiechem. Jednakowoż czuła, że jeżeli zawierzy Opatrzności Bożej, to krzywda jej dzieciom się nie stanie. Joanna miała właściwą hierarchię wartości. Była w bliskim kontakcie z Panem Bogiem, którego traktowała w sposób osobowy. Za najbliższą powiernicę obrała sobie Matkę Najświętszą, której powierzała wszystkie swoje sprawy, dlatego na przykład za każdym razem, kiedy zostawała szczęśliwą mamą, prosiła męża, żeby zaraz po porodzie ofiarowywał każde dziecko Maryi w kościółku położonym nieopodal jej rodzinnego domu, a poświęconym Matce Bożej Dobrej Rady.
Dla Joanny dzieci były dopełnieniem małżeństwa, spełnieniem się jako kobiety i nie przeszkadzały w byciu uznaną lekarką. Potrafiła cieszyć się swoimi sukcesami zawodowymi, ale nie ustawiała ich na szczycie hierarchii wartości. Dlatego też była kobietą szczęśliwą, zawsze pogodną i cieszącą się z każdego kontaktu z drugim człowiekiem. Św. Joanna to również przykład kobiety umiejącej odpoczywać i zachęcającej do odpoczynku rodzinnego. Postawa męstwa u kobiety dojrzałej, według Joanny, polegała na podejmowaniu trudów życia, wierności swoim przekonaniom, systematyczności w dążeniu do rozpoznanego na modlitwie celu. To również nieprzerzucanie swoich zmartwień na innych. To postawa kobiecej radości, nie zaś zgorzknienia i narzekania. Dzielna kobieta to zatem nie „kwaśna hardość”, ale pogodny spokój w każdej, czasem nawet bardzo trudnej sytuacji życiowej. Święta Joanna, to kobieta najbardziej wpisana w całą współczesną rzeczywistość ludzi żyjących w małżeństwie.
„Nie przypuszczałem, że żyłem obok jakiejś świętej – wyznaje mąż Joanny, inżynier Piotr Molla. – a moja małżonka nigdy nie dawała mi odczuć, iż robi to czy tamto, by dostać się do raju. Ona kochała życie. Była normalną, kochającą żoną i matką. Po prostu sobą”.
To właśnie ta osoba staje się wzorcem życia dla coraz większej liczby małżeństw na całym świecie. To kobieta promująca ludzkie życie, broniąca je, a w ostateczności składająca je w ofierze za poczęte dziecko. Jej życie i styl życia całej rodziny Mollów ukazuje wieczną tęsknotę ludzi za prawdziwą miłością małżeńską i rodzinną. Z tej właśnie racji jej kult rozszerza się po różnych zakątkach świata.
Jan Paweł II, podczas homilii 16 maja, kiedy ogłosił Ją świętą, powiedział:„Wynosząc na ołtarze Joannę, Kościół pragnie oddać hołd wszystkim heroicznym matkom, które bez reszty poświęcają się swoim rodzinom, które cierpią, wydając na świat dzieci, które są gotowe podjąć wszelkie trudy, aby przekazać dzieciom wszystko, co najlepsze, bo miłość niejednokrotnie staje się próbą, czasem wręcz heroiczną, która wiele kosztuje macierzyńskie serce kobiety.”
Św. Joanna ukoronowała swoje posłannictwo kobiety, żony i matki, poprzez świadomą ofiarę z życia. Ukazała wyjątkową świętość, przeżywaną w sposób spontaniczny i głęboki przez całe życie. To życie proste, dobre, zwyczajne wzbudziło zainteresowanie wielu ludzi i może być dla nas wszystkich wzorem do naśladowania. Jest patronką narzeczonych i zakochanych, małżonków i rodziców, kobiet oczekujących potomstwa i w stanie błogosławionym, także patronką rozeznających powołanie i służby zdrowia.
I jak przykład Joanny ma nie przemawiać do ludzi, skoro mamy do czynienia ze świętą, która była matką, żoną, lekarzem – kobietą świętą żyjącą w normalnej rodzinie? A rodziny są wszędzie i potrzebują przecież jasnych wzorców, które pokazują, w jaki sposób ustawiać relacje do Boga, współmałżonka, dzieci i pracy zawodowej.
Dlatego też 11 listopada 2007 roku ks. bp Ordynariusz Łomżyński, podczas uroczystej Mszy św. dokonał wprowadzenia relikwii św. Joanny Beretty Molla do Kościoła w parafii p.w. Świętej Rodziny. Uroczystość rozpoczęto już w piątek nowenną ku czci Świętej, wypraszając przez Jej wstawiennictwo potrzebne łaski. Odtąd w parafii, w każdą środę przed Najświętszym Sakramentem oraz relikwiami św. Joanny Beretty Molla odmawiany jest różaniec w intencji rodzin, a w każdą drugą niedzielę miesiąca podczas Mszy św. wierni modlą się w intencji małżeństw, które obchodzą w danym miesiącu rocznicę zawarcia Sakramentu Małżeństwa. A poza tym rodziny, narzeczeni, matki w stanie błogosławionym, ojcowie, lekarze, pielęgniarki, pedagodzy i każdy, komu zależy na jakości rodziny jemu bliskiej i rodzin w ogóle, przychodzą przed relikwie i obraz św. Joanny, aby sobie przypomnieć albo wręcz nauczyć się, co to znaczy być rodziną chrześcijańską. Taka święta jest wszystkim potrzebna… Oto modlitwa, za wstawiennictwem św. Joanny:
Boże, Ty powiedziałeś, że nie ma większej miłości nad tę, kiedy ktoś daje życie za osobę ukochaną. Dziękujemy Ci, że dałeś nam w osobie Joanny płomienny przykład prawdziwej miłości i szacunku dla życia. Dopomóż nam, abyśmy zrozumieli jej przykład życia, rozpowszechniali go i sami nim żyli. Jesteśmy Ci także wdzięczni, ponieważ przez dar jej życia uczysz nas przyjmować i szanować każdą istotę ludzką. Udziel również nam mądrości, rozumu i odwagi, abyśmy za przykładem i wstawiennictwem Joanny, w życiu osobistym, rodzinnym oraz zawodowym, potrafili usłużyć każdemu, by w ten sposób wzrastać w miłości i świętości.
Daj nam za wstawiennictwem św. Joanny, która, idąc za przykładem Twego Syna, ofiarnie złożyła swoje życie za życie innych, tę łaskę, której oczekujemy …
Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
wtorek, 6 stycznia 2015
"Pod prąd"
Pan Bóg umie znaleźć sposób na wszystko. Ociągałam się z nawracaniem jak tylko mogłam, bo spodobało mi się życie „tak jak wszyscy”. Ale jest jedna sprawa, dla której jestem w stanie dać z siebie naprawdę wiele i to już, od zaraz. Choćby to miało oznaczać momentalne spakowanie się i wyemigrowanie na dwudniowe rekolekcje w milczeniu. Jeśli mam być żoną i matką, to będę zarypistą żoną i matką, ugruntowaną w Chrystusie i stawiającą Boga na pierwszym miejscu. Bo nie wyobrażam sobie wypełniania powołania życiowego poza Nim, bo wiem, że tylko On może mnie nauczyć kochać, tak prawdziwie i tylko z Nim wszystko ma sens.
Teraz przede mną długa droga i pewnie wcale niełatwa. Ale jak na chwilę zatrzymałam się i spojrzałam na siebie, na to, jaką jestem kobietą, co jest dla mnie ważne, czym się przejmuję i na czym opieram swoje życie, to się przeraziłam. Wszystko siadło. Wszystko nie tak. Dawne ideały gdzieś na boku i marne świadectwo chrześcijańskiego życia. A niby z pozoru wszystko w porządku. Boże, co ja bym bez Ciebie zrobiła? Co bym zrobiła bez tych chwil zwolnienia, zatrzymania, ciszy i zastanowienia? Bez tego „stanięcia w prawdzie”?
Dobrze mieć w życiu cel, choćby był jeszcze bardzo odległy. Warto pamiętać, że „nadzieja zawieść nie może”… ;)
I na koniec "coś pięknego":
„Maria i Alojzy prowadzili „zwyczajne” życie. Jako małżeństwo udzielali się zarówno towarzysko, jak i charytatywnie. Niezależnie od tej bardzo konwencjonalnej manifestacji udanego życia rodzinnego, byli w sobie zwyczajnie zakochani. Maria wyznała, że przez 46 lat małżeństwa codziennie cieszyła się, gdy słyszała męża wracającego z pracy. Każdy dzień rozłąki owocował pisanymi do siebie listami. Bycie razem było powolnym wzajemnym kształtowaniem siebie i dorastaniem do wysokiego poziomu. To dzięki swej żonie Alojzy przemienił się z dobrze nam znanego „wierzącego niepraktykującego” w prawdziwego chrześcijanina.
Prowadzenie życia towarzyskiego i rodzinnego nie wykluczało u Quattrocchich bardzo bliskiego kontaktu z Bogiem. W pierwszych latach małżeństwa opracowali swoisty regulamin, w którym zobowiązywali się dążyć do świętości przez uświęcanie i jak najlepsze wykonywanie swych codziennych obowiązków. Głęboka wiara nie przeszkodziła Alojzemu w zrobieniu kariery prawniczej i osiągnięciu wysokich stanowisk państwowych, a Marii pozwoliła na zaangażowanie się w działalność nowo powstających wspólnot kościelnych i wciągnięcie w nie męża.
Mieli czwórkę dzieci. Uważali je za cenny dar, którego trzeba strzec i za który należy Bogu dziękować. Zawsze dawali temu wyraz. Najbardziej poruszyło mnie postępowanie Luigiego, kiedy tuż po narodzinach pierwszego dziecka, z dnia na dzień rzucił palenie papierosów, twierdząc, że nie chce dawać złego przykładu swojemu synowi.
Wszyscy, którzy ich znali i spotykali się z nimi, byli zauroczeni oraz zdumieni niewiarygodnym zmysłem pedagogicznym w wychowywaniu dzieci. Interesowali się postępami szkolnymi swoich pociech, pomagali w zadaniach, poprawiali i karcili za przewinienia. Jak wspomina syn Filippo, autentyczny przykład i zachęta pochodziły od rodziców: „ponieważ posiadaliśmy braki, nie mogliśmy też uniknąć upomnień i kar; jedną z najcięższych był brak pocałunku od mamy na dobranoc. Ich relacje z nami (a muszę podkreślić, że nie byliśmy aniołkami) opierały się na dialogu i były nacechowane głęboką serdecznością”. Rodzice nie lekceważyli braków, lecz starali się im zaradzić. Żywiołowe temperamenty dzieci kształtowali swoją wrażliwością i wychowawczym taktem, nie bojąc odwoływać się także do sfery sumienia.
Najcenniejszy dla dzieci był ich „aktywny udział w życiu pozaszkolnym i w wypełnianiu naszego wolnego czasu”. Częste wspólne spacery, wypady za miasto, wycieczki rowerowe, wakacje organizowane tak, aby dzieci się nie nudziły, odpoczęły i mimo woli czegoś się też nauczyły – tym rodzice zaskarbiali sobie serca dzieci. Można by pomyśleć, że byli nadopiekuńczy. Nic podobnego, umieli w porę się wycofać.
Największą siłą Quattrocchich było trzymanie się razem na dobre i na złe. Każde mogło liczyć na wsparcie reszty rodziny w najtrudniejszych chwilach. Gdy Maria była po raz czwarty w ciąży i lekarze stwierdziwszy zagrożenie jej życia, zaproponowali aborcję, małżonkowie jednomyślnie podjęli ryzyko i zostali nagrodzeni narodzinami zdrowej córki. Z tego okresu starszym dzieciom w pamięci pozostał wizerunek ojca jeszcze bardziej niż zazwyczaj troszczącego się o matkę i nieustannie modlącego się o pomyślne rozwiązanie tej trudnej sytuacji.
W starszym wieku Maria i Alojzy całkowicie poświęcili się życiu duchowemu, ale ich miłość nie wygasła, a obecnie – jak zostało to oficjalnie ogłoszone przez Ojca Świętego – są jednością z Chrystusem w Niebie.
Ich beatyfikacja 21 października 2001 roku to kolejne za pontyfikatu Jana Pawła II wydarzenie bez precedensu w historii Kościoła. Po raz pierwszy dwoje ludzi zostało beatyfikowanych za to, że byli szczęśliwym, udanym małżeństwem i wspaniałymi rodzicami dla swoich dzieci.
„…błogosławieni nie, mimo że byli małżonkami, ale ponieważ byli małżonkami i rodzicami czworga dzieci” – tak o nich powiedział Jan Paweł II.”
(Małgorzata Niemiec, Sławomir Spasiewicz, „Głos Ojca Pio” (nr 20/2003))
Teraz przede mną długa droga i pewnie wcale niełatwa. Ale jak na chwilę zatrzymałam się i spojrzałam na siebie, na to, jaką jestem kobietą, co jest dla mnie ważne, czym się przejmuję i na czym opieram swoje życie, to się przeraziłam. Wszystko siadło. Wszystko nie tak. Dawne ideały gdzieś na boku i marne świadectwo chrześcijańskiego życia. A niby z pozoru wszystko w porządku. Boże, co ja bym bez Ciebie zrobiła? Co bym zrobiła bez tych chwil zwolnienia, zatrzymania, ciszy i zastanowienia? Bez tego „stanięcia w prawdzie”?
Dobrze mieć w życiu cel, choćby był jeszcze bardzo odległy. Warto pamiętać, że „nadzieja zawieść nie może”… ;)
I na koniec "coś pięknego":
„Maria i Alojzy prowadzili „zwyczajne” życie. Jako małżeństwo udzielali się zarówno towarzysko, jak i charytatywnie. Niezależnie od tej bardzo konwencjonalnej manifestacji udanego życia rodzinnego, byli w sobie zwyczajnie zakochani. Maria wyznała, że przez 46 lat małżeństwa codziennie cieszyła się, gdy słyszała męża wracającego z pracy. Każdy dzień rozłąki owocował pisanymi do siebie listami. Bycie razem było powolnym wzajemnym kształtowaniem siebie i dorastaniem do wysokiego poziomu. To dzięki swej żonie Alojzy przemienił się z dobrze nam znanego „wierzącego niepraktykującego” w prawdziwego chrześcijanina.
Prowadzenie życia towarzyskiego i rodzinnego nie wykluczało u Quattrocchich bardzo bliskiego kontaktu z Bogiem. W pierwszych latach małżeństwa opracowali swoisty regulamin, w którym zobowiązywali się dążyć do świętości przez uświęcanie i jak najlepsze wykonywanie swych codziennych obowiązków. Głęboka wiara nie przeszkodziła Alojzemu w zrobieniu kariery prawniczej i osiągnięciu wysokich stanowisk państwowych, a Marii pozwoliła na zaangażowanie się w działalność nowo powstających wspólnot kościelnych i wciągnięcie w nie męża.
Mieli czwórkę dzieci. Uważali je za cenny dar, którego trzeba strzec i za który należy Bogu dziękować. Zawsze dawali temu wyraz. Najbardziej poruszyło mnie postępowanie Luigiego, kiedy tuż po narodzinach pierwszego dziecka, z dnia na dzień rzucił palenie papierosów, twierdząc, że nie chce dawać złego przykładu swojemu synowi.
Wszyscy, którzy ich znali i spotykali się z nimi, byli zauroczeni oraz zdumieni niewiarygodnym zmysłem pedagogicznym w wychowywaniu dzieci. Interesowali się postępami szkolnymi swoich pociech, pomagali w zadaniach, poprawiali i karcili za przewinienia. Jak wspomina syn Filippo, autentyczny przykład i zachęta pochodziły od rodziców: „ponieważ posiadaliśmy braki, nie mogliśmy też uniknąć upomnień i kar; jedną z najcięższych był brak pocałunku od mamy na dobranoc. Ich relacje z nami (a muszę podkreślić, że nie byliśmy aniołkami) opierały się na dialogu i były nacechowane głęboką serdecznością”. Rodzice nie lekceważyli braków, lecz starali się im zaradzić. Żywiołowe temperamenty dzieci kształtowali swoją wrażliwością i wychowawczym taktem, nie bojąc odwoływać się także do sfery sumienia.
Najcenniejszy dla dzieci był ich „aktywny udział w życiu pozaszkolnym i w wypełnianiu naszego wolnego czasu”. Częste wspólne spacery, wypady za miasto, wycieczki rowerowe, wakacje organizowane tak, aby dzieci się nie nudziły, odpoczęły i mimo woli czegoś się też nauczyły – tym rodzice zaskarbiali sobie serca dzieci. Można by pomyśleć, że byli nadopiekuńczy. Nic podobnego, umieli w porę się wycofać.
Największą siłą Quattrocchich było trzymanie się razem na dobre i na złe. Każde mogło liczyć na wsparcie reszty rodziny w najtrudniejszych chwilach. Gdy Maria była po raz czwarty w ciąży i lekarze stwierdziwszy zagrożenie jej życia, zaproponowali aborcję, małżonkowie jednomyślnie podjęli ryzyko i zostali nagrodzeni narodzinami zdrowej córki. Z tego okresu starszym dzieciom w pamięci pozostał wizerunek ojca jeszcze bardziej niż zazwyczaj troszczącego się o matkę i nieustannie modlącego się o pomyślne rozwiązanie tej trudnej sytuacji.
W starszym wieku Maria i Alojzy całkowicie poświęcili się życiu duchowemu, ale ich miłość nie wygasła, a obecnie – jak zostało to oficjalnie ogłoszone przez Ojca Świętego – są jednością z Chrystusem w Niebie.
Ich beatyfikacja 21 października 2001 roku to kolejne za pontyfikatu Jana Pawła II wydarzenie bez precedensu w historii Kościoła. Po raz pierwszy dwoje ludzi zostało beatyfikowanych za to, że byli szczęśliwym, udanym małżeństwem i wspaniałymi rodzicami dla swoich dzieci.
„…błogosławieni nie, mimo że byli małżonkami, ale ponieważ byli małżonkami i rodzicami czworga dzieci” – tak o nich powiedział Jan Paweł II.”
(Małgorzata Niemiec, Sławomir Spasiewicz, „Głos Ojca Pio” (nr 20/2003))
Maria i Luigi Beltrame Quattrocchi
czwartek, 1 stycznia 2015
Życzenia
Nowy Rok. Radość, zabawa. Budzę się nad ranem i Pan pokazuje mi wczorajszy dzień, najpierw to, co dobre, a później wszystkie uchybienia. Niezauważenie potrzebujących, brak miłości, brak otwarcia na nieznanych ludzi. On, sama miłość, nie potrafi przejść koło takiego mojego postępowania obojętnie. I jak zwykle, te Jego: „za mało kochasz!”. Tracąc dla kogoś potrzebującego czas pełnisz Jego wolę, chociaż czasami tak ciężko zrezygnować ze swoich pomysłów na wypełnienie danej chwili.
Pan Bóg ciągle uczy mnie czegoś nowego, choć się wydaje, że jest tak daleko, że nie jest tak blisko, jak za czasów powrotu do Kościoła. A jednak, nadal prowadzi mnie za rękę, tyle, że żeby to dostrzec muszę na chwilę odejść od siebie i spojrzeć na wszystko z dystansu.
Dostałam od niego wielu kochanych ludzi, takich, że jak teraz to piszę, to łzy stają mi w oczach. Z ludzkiego punktu widzenia, nie zasługuję na nich. Jestem okropną córką, siostrą, a i przyjaciołom często nie jestem w stanie dać swojego czasu, albo zrezygnować z ciągłego gadania o sobie, by w końcu zamilknąć i wysłuchać kogoś, kto tego potrzebuje. No do kitu. A jednak On postawił ich na mojej drodze i związał nas czymś takim, że te moje uchybienia przestają mieć aż tak wielkie znaczenie. Czym? Swoją miłością. Czasami przychodziło mi do głowy, że może to ja jestem taka wspaniała, że otacza mnie tylu dobrych ludzi. Bzdura. Wystarczy, że na chwilę odejdę od Niego, a widzę, jakim marnym człowiekiem jestem, ile we mnie egoizmu, pychy, chęci posiadania. Oni nie przychodzą do mnie, to nie ja ich zatrzymuję, to Ten, który we mnie mieszka. Kiedyś to już gdzieś słyszałam, kiedyś już do tego doszłam. Ale w codziennej pogoni za „lepszym życiem” gdzieś to zagubiłam. Na szczęście trafiłam do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie i tam mi to przypomnieli. Ludzie nie przychodzą do nas, oni nie tyle szukają nas, oni szukają Boga i Bóg jest tym, kim mamy ich obdarować. Mamy im dać Jego troskę, współczucie, zainteresowanie, czas, Jego miłość. Tylko, żeby mieć, co dać, trzeba najpierw wziąć. Karmić się Jego ciałem, modlić się, słuchać, tego, co On ma do powiedzenia. A ja się dziwiłam, że przez ostatnie trzy tygodnie wszelkie moje próby pokazania innym Boga spełzały na niczym. Skoro postawiłam Go na drugim, czy trzecim miejscu w moim życiu, nie mogło być inaczej.
Własnymi siłami możemy naprawdę niewiele. Za to razem z Nim możemy zmieniać świat. Każdy z nas, ty i ja, możemy iść w świat i dając świadectwo naszym codziennym życiem, przybliżać ludzi do Boga. Pokazywać, że można inaczej. Żyć postępując sprawiedliwie, czasem rezygnując z zaszczytów, czy wygranej, że da się przebaczać i nie życzyć źle naszym wrogom, że możliwa jest rezygnacja ze swoich planów, że można walczyć o czyste sumienie, nie kłamiąc, nie naginając prawdy. Że cierpienie, trudności mają głębszy sens, oczyszczają człowieka, pokazują jak bardzo jest kruchy, jak bardzo potrzebuje innych ludzi. Że sukces i życie bez zmartwień wcale nie są wyznacznikami szczęścia.
Szczęście to znać powód swojego pobytu na ziemi, zdawać sobie sprawę z tego, że ma się tu coś do zrobienia, coś, co nie zniknie wraz z naszą śmiercią. To wstawać rano i wiedzieć, po co to wszystko robimy. To świadomość misji, jaką mamy do wypełnienia. Szczęście to ludzie, którzy są obok nas. To, że nie jesteśmy samowystarczalni, ale potrzebujemy siebie nawzajem. Szczęście to radość, której nie zabijają przeciwności losu. To życie, które jest przygodą i ciągłym odkrywaniem czegoś nieznanego. Szczęście to uśmiech, szczerość i prostota dzieci, to nadzieja, że mogą uczynić wiele dobra, dokonać rzeczy wielkich, że niosą w sobie tak ogromny potencjał. Szczęście to piękno otaczającego świata, góry, morza, lasy, rzeki, dzika natura. Szczęście to słoneczny dzień po całym tygodniu szarugi. Szczęście to czyjś uśmiech, to poczucie, że ktoś się o ciebie zatroszczył, że ktoś potraktował cię tak, że w końcu poczułeś się wartościowym człowiekiem, piękną kobietą, prawdziwym mężczyzną, wartym miłości, wystarczająco dobrym. Szczęście to przekraczanie własnych granic, dokonywanie czegoś, co było ponad twoje siły i uparte dążenie do celu. To zauważenie dobrych owoców tego, co z siebie dałeś innym ludziom, choć wszystko wydawało się bez sensu.
Szczęście to te ciepło, które wypełnia serce, gdy myślisz sobie, że dzięki Bogu, to był naprawdę piękny rok. Właśnie takiego poczucia, życzę Wam pod koniec tego, dopiero co, rozpoczętego roku.
Pan Bóg ciągle uczy mnie czegoś nowego, choć się wydaje, że jest tak daleko, że nie jest tak blisko, jak za czasów powrotu do Kościoła. A jednak, nadal prowadzi mnie za rękę, tyle, że żeby to dostrzec muszę na chwilę odejść od siebie i spojrzeć na wszystko z dystansu.
Dostałam od niego wielu kochanych ludzi, takich, że jak teraz to piszę, to łzy stają mi w oczach. Z ludzkiego punktu widzenia, nie zasługuję na nich. Jestem okropną córką, siostrą, a i przyjaciołom często nie jestem w stanie dać swojego czasu, albo zrezygnować z ciągłego gadania o sobie, by w końcu zamilknąć i wysłuchać kogoś, kto tego potrzebuje. No do kitu. A jednak On postawił ich na mojej drodze i związał nas czymś takim, że te moje uchybienia przestają mieć aż tak wielkie znaczenie. Czym? Swoją miłością. Czasami przychodziło mi do głowy, że może to ja jestem taka wspaniała, że otacza mnie tylu dobrych ludzi. Bzdura. Wystarczy, że na chwilę odejdę od Niego, a widzę, jakim marnym człowiekiem jestem, ile we mnie egoizmu, pychy, chęci posiadania. Oni nie przychodzą do mnie, to nie ja ich zatrzymuję, to Ten, który we mnie mieszka. Kiedyś to już gdzieś słyszałam, kiedyś już do tego doszłam. Ale w codziennej pogoni za „lepszym życiem” gdzieś to zagubiłam. Na szczęście trafiłam do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie i tam mi to przypomnieli. Ludzie nie przychodzą do nas, oni nie tyle szukają nas, oni szukają Boga i Bóg jest tym, kim mamy ich obdarować. Mamy im dać Jego troskę, współczucie, zainteresowanie, czas, Jego miłość. Tylko, żeby mieć, co dać, trzeba najpierw wziąć. Karmić się Jego ciałem, modlić się, słuchać, tego, co On ma do powiedzenia. A ja się dziwiłam, że przez ostatnie trzy tygodnie wszelkie moje próby pokazania innym Boga spełzały na niczym. Skoro postawiłam Go na drugim, czy trzecim miejscu w moim życiu, nie mogło być inaczej.
Własnymi siłami możemy naprawdę niewiele. Za to razem z Nim możemy zmieniać świat. Każdy z nas, ty i ja, możemy iść w świat i dając świadectwo naszym codziennym życiem, przybliżać ludzi do Boga. Pokazywać, że można inaczej. Żyć postępując sprawiedliwie, czasem rezygnując z zaszczytów, czy wygranej, że da się przebaczać i nie życzyć źle naszym wrogom, że możliwa jest rezygnacja ze swoich planów, że można walczyć o czyste sumienie, nie kłamiąc, nie naginając prawdy. Że cierpienie, trudności mają głębszy sens, oczyszczają człowieka, pokazują jak bardzo jest kruchy, jak bardzo potrzebuje innych ludzi. Że sukces i życie bez zmartwień wcale nie są wyznacznikami szczęścia.
Szczęście to znać powód swojego pobytu na ziemi, zdawać sobie sprawę z tego, że ma się tu coś do zrobienia, coś, co nie zniknie wraz z naszą śmiercią. To wstawać rano i wiedzieć, po co to wszystko robimy. To świadomość misji, jaką mamy do wypełnienia. Szczęście to ludzie, którzy są obok nas. To, że nie jesteśmy samowystarczalni, ale potrzebujemy siebie nawzajem. Szczęście to radość, której nie zabijają przeciwności losu. To życie, które jest przygodą i ciągłym odkrywaniem czegoś nieznanego. Szczęście to uśmiech, szczerość i prostota dzieci, to nadzieja, że mogą uczynić wiele dobra, dokonać rzeczy wielkich, że niosą w sobie tak ogromny potencjał. Szczęście to piękno otaczającego świata, góry, morza, lasy, rzeki, dzika natura. Szczęście to słoneczny dzień po całym tygodniu szarugi. Szczęście to czyjś uśmiech, to poczucie, że ktoś się o ciebie zatroszczył, że ktoś potraktował cię tak, że w końcu poczułeś się wartościowym człowiekiem, piękną kobietą, prawdziwym mężczyzną, wartym miłości, wystarczająco dobrym. Szczęście to przekraczanie własnych granic, dokonywanie czegoś, co było ponad twoje siły i uparte dążenie do celu. To zauważenie dobrych owoców tego, co z siebie dałeś innym ludziom, choć wszystko wydawało się bez sensu.
Szczęście to te ciepło, które wypełnia serce, gdy myślisz sobie, że dzięki Bogu, to był naprawdę piękny rok. Właśnie takiego poczucia, życzę Wam pod koniec tego, dopiero co, rozpoczętego roku.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Wigilia w SOMie
W dniach 12-14 grudnia w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie miało miejsce spotkanie kandydatów na wolontariuszy misyjnych w roku formacyjnym 2014/2015 o haśle przewodnim: „Świętość – Pycha i pokora”.
Było to ostatnie spotkanie przed Bożym Narodzeniem, więc jak łatwo się domyśleć, dom przy ul. Korowodu 20 wypełniła świąteczna atmosfera. Niektórzy wolontariusze przyjechali wcześniej, by już w godzinach popołudniowych dzielnie pomagać w kuchni. Przed godziną 18:00 ruch w holu zwiększył się do wartości maksymalnych, a wolontariusze autostradą w postaci schodów do góry lokowali się w przydzielonych pokojach.
Salezjański weekend rozpoczął się modlitwą, kolacją i oficjalnym powitaniem, którego dokonał dyrektor SOMu ks. Roman Wortolec. Zaraz po przywitaniu, członkowie spotkania żwawo ruszyli do przygotowań Wigilijnych. Wycinali dzwonki, gwiazdki, choinki, rysowali renifery, sklejali łańcuchy, ozdabiali słoiki, przygotowywali stroiki, a wszystko to w radosnej atmosferze, z momentami śpiewu na ustach i z rozmowami o świętach i nie tylko. Wieczór zakończyła modlitwa i słówko na dobranoc. Jednak szalona ekipa ludzi chętnych na długoterminowy wyjazd na misje nie poszła spać, lecz w konspiracji przygotowywała jasełka.
Sobotni poranek uczestnicy spotkania rozpoczęli Eucharystią z elementami Jutrzni, śniadaniem i prezentacją z długoterminowej misji w Wenezueli, na którą posłano Małgorzatę Wiśniewską i Agnieszkę Kanię. Wolontariuszki opowiadały o radości, jaką przysporzyła im praca z dziećmi i młodzieżą, ale też o trudach misyjnych. O ciężkich chwilach, gdy chęć działania, podejmowania nowych inicjatyw i wszelki entuzjazm jest gaszony przez wspólnotę, z którą trzeba współpracować.
Po prezentacji i krótkiej przerwie kandydaci na wolontariuszy udali się do kaplicy na konferencje ks. Macieja o pysze i pokorze w życiu codziennym, życiu duchowym. Ks. Maciej zaprezentował na konkretnych przykładach jak mogą przejawiać się te dwie postawy w naszym postępowaniu. Zwrócił uwagę, na to, że to nie my własnymi siłami mamy stawać się idealnymi. Pokora to wiara w to, że to Chrystus nas przemieni, uzdrowi, gdy będziemy szli przez życie spełniając Jego wolę.
Następnym etapem były końcowe przygotowywania do Wigilii. Gotowanie barszczu i uszek, wykładanie śledzi, krojenie ciast, dekorowanie i nakrywanie stołów, każdy miał jakieś zadanie. Na Wigilie wypadałoby się ładnie ubrać, więc zarówno mężczyźni jak i kobiety ruszyli, by wyciągnąć z szafy sukienkę, wyprasować koszule, pomalować oczy i spryskać się perfumami.
O 16:00 rozpoczął się wieczór wigilijny. Najpierw życzenia, które nie miały końca, bo uczestników spotkania było około sześćdziesięciu, a następnie wieczerza z radosnym śpiewem kolęd. Wiele śmiechu, wiele rozmów i kolęda w wykonaniu ks. Romana i ks. Macieja na dwa głosy. W SOMie jest komu śpiewać, jest komu grać na gitarze, czy bębenku, przyjeżdża tu wielu uzdolnionych ludzi.
Kolejną częścią spotkania były Jasełka, pieczołowicie przygotowane przez wolontariuszy długoterminowych. Motywem przewodnim przedstawienia był tekst autorstwa bł. Matki Teresy z Kalkuty:
„Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata
i wyciągasz do niego ręce,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad,
które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
w ich samotności,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom",
tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
moralnego i duchowego ubóstwa,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
jak bardzo znikome są twoje możliwości
i jak wielka jest twoja słabość,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg
pokochał innych przez ciebie,
Zawsze wtedy,
jest Boże Narodzenie.”
SOMowi aktorzy przedstawili pokrótce historię narodzin Jezusa w Betlejem oraz pokazali, w jaki sposób każdy może sprawić, by Bóg narodził się w czyimś sercu. Wskazali na to jak możemy kontynuować Jego misję na ziemi.
To jeszcze nie koniec, następnie odbył się wieczór kolęd i poezji oraz rozmów prowadzonych przez Skype’a z wolontariuszami, którzy aktualnie przebywają na misjach. Wieczór poezji przekształcił się w SOMowy Mam Talent. Aby odebrać prezent od św.Mikołaja z afro (w tej roli ks. Roman), renifera Rudolfa z czerwonym brokatem na nosie (ks. Maciej) i pięknej anielicy (Sylwia Prządka) należało popisać się swoimi wybranymi zdolnościami. W przerwach pokazu talentów dzwoniono do kolejnych placówek misyjnych by złożyć życzenia dziewczynom, które w tym szczególnym okresie są tak daleko od swoich domów. Dziewczyny nie jednym nas zaskoczyły, przede wszystkim dużą dawką humoru. W międzyczasie odbył się również koncert rockowy duetu Mikołaj & Rudolf.
Na koniec, ten długi i bogaty we wrażenia dzień, uczestnicy spotkania oddali Panu Bogu przed Najświętszym Sakramentem. Prosili by uczył ich stawać się pokornymi, pokazywał, kiedy to pycha w nich zwycięża. By dalej prowadził, wspierał, by był. Oddawali Mu chwałę śpiewając, modląc się i siedząc cicho, wpatrując się w Jego święte Oblicze, by Jego blask odbił się w nich, choć w ten nieidealny sposób, choć na chwilę ich życia.
Spać nie poszli, tylko siedzieli w kuchni, rozmawiali, grali i cieszyli się swoją obecnością, bo nazajutrz…
Nadszedł dzień rozjazdów. Msza św. z Jutrznią, śniadanko. I ostatnia już prezentacja z misji krótkoterminowych w Ugandzie. Prezentowały: Anna Juszczakiewicz, Hanna Rutkowska, Anna Poliszkiewicz i Agnieszka Grajewska. Wszystkie dziewczyny były w ten samej placówce, jednak dwie z okresie naszej zimy, a następne dwie, wtedy, gdy dzieci w Polsce mają wakacje. Głównym zadaniem w placówce chłopców z Namugongo jest organizowanie im czasu, wyrabianie odpowiednich zachowań, ogólnie pojęta nauka, rozwijanie kreatywności i pobudzanie do działania. A także troska i zaangażowanie w ich życie, zainteresowanie i poświęcenie im czasu, bo tego bardzo potrzebują.
Wszystko co dobre szybko się kończy. Weekend spędzony w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie to czas krótki, intensywny i eksploatujący, ale też piękny, radosny, docierający do głębi nas samych. Spędzony w towarzystwie ludzi, w których oczach można dostrzec Boga, ludzi, którzy chcą dać z siebie więcej, bo przeczuwają, że do tego wzywa ich Pan. To czas spędzony z Bogiem, niezmarnowany, w pełni wykorzystany.
Boże Narodzenie już się zaczęło.
http://www.misje.salezjanie.pl/
Było to ostatnie spotkanie przed Bożym Narodzeniem, więc jak łatwo się domyśleć, dom przy ul. Korowodu 20 wypełniła świąteczna atmosfera. Niektórzy wolontariusze przyjechali wcześniej, by już w godzinach popołudniowych dzielnie pomagać w kuchni. Przed godziną 18:00 ruch w holu zwiększył się do wartości maksymalnych, a wolontariusze autostradą w postaci schodów do góry lokowali się w przydzielonych pokojach.
Salezjański weekend rozpoczął się modlitwą, kolacją i oficjalnym powitaniem, którego dokonał dyrektor SOMu ks. Roman Wortolec. Zaraz po przywitaniu, członkowie spotkania żwawo ruszyli do przygotowań Wigilijnych. Wycinali dzwonki, gwiazdki, choinki, rysowali renifery, sklejali łańcuchy, ozdabiali słoiki, przygotowywali stroiki, a wszystko to w radosnej atmosferze, z momentami śpiewu na ustach i z rozmowami o świętach i nie tylko. Wieczór zakończyła modlitwa i słówko na dobranoc. Jednak szalona ekipa ludzi chętnych na długoterminowy wyjazd na misje nie poszła spać, lecz w konspiracji przygotowywała jasełka.
Sobotni poranek uczestnicy spotkania rozpoczęli Eucharystią z elementami Jutrzni, śniadaniem i prezentacją z długoterminowej misji w Wenezueli, na którą posłano Małgorzatę Wiśniewską i Agnieszkę Kanię. Wolontariuszki opowiadały o radości, jaką przysporzyła im praca z dziećmi i młodzieżą, ale też o trudach misyjnych. O ciężkich chwilach, gdy chęć działania, podejmowania nowych inicjatyw i wszelki entuzjazm jest gaszony przez wspólnotę, z którą trzeba współpracować.
Po prezentacji i krótkiej przerwie kandydaci na wolontariuszy udali się do kaplicy na konferencje ks. Macieja o pysze i pokorze w życiu codziennym, życiu duchowym. Ks. Maciej zaprezentował na konkretnych przykładach jak mogą przejawiać się te dwie postawy w naszym postępowaniu. Zwrócił uwagę, na to, że to nie my własnymi siłami mamy stawać się idealnymi. Pokora to wiara w to, że to Chrystus nas przemieni, uzdrowi, gdy będziemy szli przez życie spełniając Jego wolę.
Następnym etapem były końcowe przygotowywania do Wigilii. Gotowanie barszczu i uszek, wykładanie śledzi, krojenie ciast, dekorowanie i nakrywanie stołów, każdy miał jakieś zadanie. Na Wigilie wypadałoby się ładnie ubrać, więc zarówno mężczyźni jak i kobiety ruszyli, by wyciągnąć z szafy sukienkę, wyprasować koszule, pomalować oczy i spryskać się perfumami.
O 16:00 rozpoczął się wieczór wigilijny. Najpierw życzenia, które nie miały końca, bo uczestników spotkania było około sześćdziesięciu, a następnie wieczerza z radosnym śpiewem kolęd. Wiele śmiechu, wiele rozmów i kolęda w wykonaniu ks. Romana i ks. Macieja na dwa głosy. W SOMie jest komu śpiewać, jest komu grać na gitarze, czy bębenku, przyjeżdża tu wielu uzdolnionych ludzi.
Kolejną częścią spotkania były Jasełka, pieczołowicie przygotowane przez wolontariuszy długoterminowych. Motywem przewodnim przedstawienia był tekst autorstwa bł. Matki Teresy z Kalkuty:
„Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata
i wyciągasz do niego ręce,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad,
które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
w ich samotności,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom",
tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
moralnego i duchowego ubóstwa,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
jak bardzo znikome są twoje możliwości
i jak wielka jest twoja słabość,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg
pokochał innych przez ciebie,
Zawsze wtedy,
jest Boże Narodzenie.”
SOMowi aktorzy przedstawili pokrótce historię narodzin Jezusa w Betlejem oraz pokazali, w jaki sposób każdy może sprawić, by Bóg narodził się w czyimś sercu. Wskazali na to jak możemy kontynuować Jego misję na ziemi.
To jeszcze nie koniec, następnie odbył się wieczór kolęd i poezji oraz rozmów prowadzonych przez Skype’a z wolontariuszami, którzy aktualnie przebywają na misjach. Wieczór poezji przekształcił się w SOMowy Mam Talent. Aby odebrać prezent od św.Mikołaja z afro (w tej roli ks. Roman), renifera Rudolfa z czerwonym brokatem na nosie (ks. Maciej) i pięknej anielicy (Sylwia Prządka) należało popisać się swoimi wybranymi zdolnościami. W przerwach pokazu talentów dzwoniono do kolejnych placówek misyjnych by złożyć życzenia dziewczynom, które w tym szczególnym okresie są tak daleko od swoich domów. Dziewczyny nie jednym nas zaskoczyły, przede wszystkim dużą dawką humoru. W międzyczasie odbył się również koncert rockowy duetu Mikołaj & Rudolf.
Na koniec, ten długi i bogaty we wrażenia dzień, uczestnicy spotkania oddali Panu Bogu przed Najświętszym Sakramentem. Prosili by uczył ich stawać się pokornymi, pokazywał, kiedy to pycha w nich zwycięża. By dalej prowadził, wspierał, by był. Oddawali Mu chwałę śpiewając, modląc się i siedząc cicho, wpatrując się w Jego święte Oblicze, by Jego blask odbił się w nich, choć w ten nieidealny sposób, choć na chwilę ich życia.
Spać nie poszli, tylko siedzieli w kuchni, rozmawiali, grali i cieszyli się swoją obecnością, bo nazajutrz…
Nadszedł dzień rozjazdów. Msza św. z Jutrznią, śniadanko. I ostatnia już prezentacja z misji krótkoterminowych w Ugandzie. Prezentowały: Anna Juszczakiewicz, Hanna Rutkowska, Anna Poliszkiewicz i Agnieszka Grajewska. Wszystkie dziewczyny były w ten samej placówce, jednak dwie z okresie naszej zimy, a następne dwie, wtedy, gdy dzieci w Polsce mają wakacje. Głównym zadaniem w placówce chłopców z Namugongo jest organizowanie im czasu, wyrabianie odpowiednich zachowań, ogólnie pojęta nauka, rozwijanie kreatywności i pobudzanie do działania. A także troska i zaangażowanie w ich życie, zainteresowanie i poświęcenie im czasu, bo tego bardzo potrzebują.
Wszystko co dobre szybko się kończy. Weekend spędzony w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie to czas krótki, intensywny i eksploatujący, ale też piękny, radosny, docierający do głębi nas samych. Spędzony w towarzystwie ludzi, w których oczach można dostrzec Boga, ludzi, którzy chcą dać z siebie więcej, bo przeczuwają, że do tego wzywa ich Pan. To czas spędzony z Bogiem, niezmarnowany, w pełni wykorzystany.
Boże Narodzenie już się zaczęło.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









