piątek, 29 sierpnia 2014

Karol de Foucauld

"O Panie, wszystko, o co Cię proszę, bylebym tylko prosił Cię z wiarą i ufnością, że otrzymam, Ty mi dasz, pod warunkiem jednak, że to, o co Cię proszę, nie będzie dla mnie szkodliwe... Jesteś ojcem, ojcem wszechmogącym i mądrym, tak jak jesteś również nieskończenie dobry i czuły. Przemawiasz do swojego dziecka, tak małego, że zaledwie się jąka, a chodzi, gdy podtrzymujesz je Twoją ręką, i mówisz mu: wszystko to, o co Mnie poprosisz, dam ci, bylebyś tylko prosił o to z ufnością. A potem dajesz mu to z wielką łatwością... gdy jego prośby są rozumne, przede wszystkim zaś gdy odpowiadają Twoim pragnieniom, uczuciom, jakie pragniesz w nim widzieć, gdy są zgodne z tym, czego Ty sam pragniesz... Jeśli prosi Cię o rozrywki, które mogą mu przynieść zło... odmawiasz mu ich z dobroci względem niego, lecz pocieszasz go, udzielając mu innych słodyczy nie grożących niebezpieczeństwem... i bierzesz go za rękę, by zaprowadzić nie tam, gdzie chce iść, lecz gdzie jest lepiej, by poszedł."

wtorek, 19 sierpnia 2014

Effatha!

Obudziłam się ze snu o wojnie. Byli Polacy i Niemcy, którzy mieszkali na jednej ziemi i jacyś okupanci przychylni Niemcom. Mieszkałam z rodziną w domu, który posiadał pomieszczenia ukryte w przestrzeni pomiędzy najwyższą kondygnacją a dachem. Małe wejście prowadziło z prawego górnego rogu schowka, jakieś spiżarenki, do mini mieszkanka z toaletą i dostępem do wody. Okupanci cały czas byli w mieście i robili, co im się chciało, również kobietom. Nie mieliśmy żadnej ziemianki, innego schronienia, a tylko ja sprawdziłam, że przecisnę się przez wejście w spiżarence. Późnym wieczorem ktoś zaczął walić do drzwi i przerażona stwierdziłam, że nie chcę ocaleć jako jedyna. Na szczęście jeszcze był czas. Stawała mi przed oczami wizja spalonego domu, w którym giniemy wszyscy bez wyjątku i wydało mi się to o wiele lepszą perspektywą niż zostanie jedyną, która przeżyła, bez nikogo.

Może tak Pan Bóg chce mi przypomnieć o spisaniu historii Pana Witolda i Pani Gabrieli. Więc od początku:

Pociągiem z biletem na następny dzień, bo na ten, co trzeba, byłoby zbyt nudno, z zeszytem na kolanach i stopami uwolnionymi z trekkingów i skarpet. W parny piąty dzień sierpnia. Coraz bliżej Warszawa, coraz bliżej pielgrzymka, a za oknem deszcz. W przedziale, choć niestety nie cały czas, to, co misie lubią najbardziej, czyli rozmowy.

O Kazimierzu nad Wisłą i innych pięknych starych miastach Polski, w których tradycje, ludową kulturę i regionalne unikaty zamienia się w korporacyjną sieciową tandetę, bo liczy się zysk. I wszystkie niepowtarzalne miejsca, posiadające swój własny klimat, strzyże się na jedną masę, włożoną w tę samą plastikową torbę z biedronki. 

O tym, co najważniejsze, czyli o odkrywaniu Pana Boga w swoim życiu. O bezcennej wartości wszelkich podróży, o kojących właściwościach lasów, puszczy, gór i Krainy Tysiąca Jezior. O ludziach, którzy siedzą cicho i nie odezwą się do współpodróżnych i tych, którzy rozmawiają jak my i jakże przyjemnie mija czas.

Pani Gabriela, na moje oko przed 60tką. Bardzo aktywna kobieta. Oficjalnie mieszka w Szczecinie razem z siostrą. Po mieście jeździ rowerem. Ciocia, często odwiedzana przez swojego bodajże czteroletniego ukochanego malca. Widziałam foty, słodziak. W ciągu roku mobilna, przenosi się z miejsca na miejsce. Tym razem jechała do wcześniej wspomnianego Kazimierza, ale zahacza też o Mazury, góry i swoje ulubione puszcze. Odwiedza rodzinę, dając im z siebie tyle ile może. Pasjonatka rolnictwa i leśnictwa. Bardzo inteligentna i oczytana kobieta, aż człowiekowi wstyd było.

Przeżyła chorobę nowotworową i śmierć męża. Walczyli do ostatniej chwili. Chemia, naświetlania, podróże po całej Polsce. Ale guz w mózgu powodował coraz większe komplikacje w całym ciele. Lekarze zwlekali z operacją jak tylko mogli dając minimalne szanse na powodzenie. Umarł tak jak chciał, we własnym domu, przy ukochanej kobiecie.

Pan Witold, lat 83. Kochany staruszek. Przeżył okupacje hitlerowską. Jak sam mówi, trzy razy został cudownie ocalony od śmierci i nikt mu nie wmówi, że nie istnieje Boża Opatrzność.

Pierwszy raz, gdy topił się wraz z małą dziewczynką z sąsiedztwa pod lodem podczas niefortunnego zjazdu na sankach. Jako patriota, musiał odpowiedzieć na wyzwanie do ścigania się z dziewczynką z swastyką na ramieniu. Uratowała ich właśnie ona, podając długą gałąź i wyławiając z nurtu lodowatej wody. Całemu zdarzeniu przyglądała się grupka ludzi na moście, która nie pomyślała, o tym, aby rzucić się na ratunek tonącym, za to nie omieszkała oklaskać brawurowego czynu małej Hitlerjugend.

Podczas okupacji mieszkał w okolicach Ostrowca Świętokrzyskiego, przemieszczając się pomiędzy rodziną zamieszkującą okoliczne miasteczka i wioski. Pewnego razu, przebywając u krewnych, jakoś bardzo chciał już wracać do domu i pomimo nalegań wyruszył w drogę powrotną spotykając dorosłego, zmierzającego w tym samym kierunku. Następnego dnia, miejsce, z którego wyszedł, zostało zniszczone.

Na swojej drodze spotkał i Niemców i Rosjan. Z tego, co opowiadał, ludzie starali się po prostu żyć normalnie, jak gdyby nigdy nic. Pomimo przymuszania do ciężkich prac w fabrykach i widoku Żydów prowadzonych do pociągu, których kiedyś raz odprowadzał i jeszcze chwila, a kazaliby mu do nich dołączyć, ludzie starali się po prostu żyć, a może dokładniej przeżyć, i być razem jak najdłużej.

Był ciepły wieczór, mama pana Witolda siedziała na ławce przed domem i namawiała, by tej nocy położył się spać normalnie w łóżku, jak jego ojciec, ciocia i jeszcze ktoś z rodziny. Ale jak to młody chłopak, pan Witek hasał cały wieczór i jakoś odruchowo poszedł spać wraz z innymi malcami do takiej wielkiej dziury pod ziemią przed domem. Tej nocy pocisk spadł na dom, pozostały tylko zgliszcza i wydobyte następnego dnia ciała. Przeżyli tylko ci z ziemianki.

Dzisiaj pan Witold ma syna, zatwardziałego kawalera po pięćdziesiątce, jak sam mówi, więc swojej historii nie przekaże potomkom. Na szczęście część rodziny zna jego opowieści. Z chęcią bym je spisała, ale niestety nie wszystko zapamiętałam, nie wszystko zdążył opowiedzieć, a szkoda, wielka szkoda. Chciałabym mieć takiego dziadka, moich niestety nie zdążyłam poznać. Wyobraźcie sobie takiego 83 letniego spełnionego mężczyznę, który ufa Bogu, nikim nie pogardza, wiele przeszedł, ale jest pogodny jak słońce w bezchmurny dzień.

Opowiadał też o jednym kapłanie, którego ciągle spotykał w swoim życiu i który był jego taką dobrą duszą. Który postawił mu od początku wysoko poprzeczkę, poprowadził niby pogrzeb jego rodziców, bo normalnych nabożeństw nie można było odprawiać. Był po prostu dobrym księdzem, Bogu niech będą dzięki za takich ludzi, których stawia na naszej drodze.

Pan Witek jechał do Lublina, do swojej chrześnicy, której już parę lat nie widział na oczy i skwitował swoją podróż, że zachciało mu się na starość porywać i szaleć.

Jak to kiedyś usłyszałam w produkcji „The Human Experience”, życie składa się ze spotkań. Czasami tak trudno otworzyć się nam na drugiego człowieka, nie mamy humoru, myślimy, że nie znajdziemy wspólnego języka, nie chce nam się. I ile tracimy! A może Pan Bóg postawił właśnie te osoby na twojej drodze, właśnie w tym momencie, właśnie w takim stanie, jakim jesteś, żebyście mogli sobie coś nawzajem dać, zabrać nieco smutku i trosk życia, podzielić się tym, co piękne i ważne. Każdy ma w sobie pewne bogactwo, bogactwo przeżytych dni i dobrego serca, które czasami trzeba odkopać z gruzu uprzedzeń i strachu przed odrzuceniem. Nie okradaj ludzi z tak cudownego człowieka, jakim jesteś!

"Znowu opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: «Effatha», to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. [Jezus] przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I pełni zdumienia mówili: «Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę»." (Mk 7,31-37)


Wystarczy przyjść i poprosić.

sobota, 16 sierpnia 2014

Dzień Bożej desperacji

Zaczął się jak każdy zwykły dzień i tak sobie spokojnie trwał aż do momentu wybuchu. W roli zapłonu wystąpiła dekoracja ślubna w kościele, moim ulubionym kościele.

My piękne wspaniałe kobiety nie jesteśmy bez winy, nie jesteśmy bez wad, ale nie można na nas zrzucać całej odpowiedzialności za stan dzisiejszych mężczyzn, choć damami, w starym znaczeniu tego słowa, już nie jesteśmy. Rozumiem brak wzorca mężczyzny w domu rodzinnym, brak starszych kolegów, od których można by było nauczyć się sztuki zdobywania serca kobiety. Ale w dzisiejszych czasach mamy na ten temat mnóstwo książek, artykułów i konferencji i to ogólnodostępnych, więc wystarczy chcieć. Są specjalne rekolekcje i wyjazdy dla mężczyzn, można też poszukać w nieco dalszym otoczeniu jakiegoś dzielnego autorytetu. Tyle, że naszym panom się nie chce. Albo myślą, że mają jeszcze na to czas. Ale skąd ty możesz wiedzieć, że masz jeszcze na to czas? Człowiek rozwija się w pełni wśród innych ludzi. Bez drugiego człowieka jesteśmy inwalidami zamkniętymi w świecie swoich własnych spraw, egoistami, niezdolnymi do poświęcenia, służby, niezdolnymi do miłości. Ale po co wchodzić w związek, po co wstępować do zakonu, „iść na księdza”? Po co się starać, po co dać z siebie coś więcej? Po co wzrastać w męskości? Po co zdobywać kobietę, męczyć się, odgadując, o co jej właściwie może chodzić? Po co brać odpowiedzialność za drugiego człowieka i się o niego troszczyć? Po co to wszystko? Skąd taki pomysł? Z samego początku, człowiek nie został stworzony do bycia samotną wyspą i Bóg go tak zaprogramował, że tylko wtedy, gdy daje siebie innym, gdy dobro drugiego człowieka staje się dla niego ważniejsze od własnej wygody i komfortu, tylko wtedy żyje w pełni i czuję się tak naprawdę szczęśliwy.

A nam wszystkim poprzewracało się w głowach i gdy tylko widzimy, że coś wymaga od nas wysiłku i poświęcenia to dajemy dyla, byle jak najdalej. Boimy się zaryzykować, wejść w coś, co nie daje gwarancji wygranej, boimy się stracić kontrolę nad własnym życiem, wprowadzić w nie coś całkiem nowego i kierującego uwagę na innych, a nie na nas samych. Boimy się, że nie damy rady, myślimy, że się nie nadajemy, więc zwlekamy, czekając na lepsze czasy. Zapominamy, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych i że On dając nam pragnienia, całą swoją mocą wspiera nas przy ich realizacji. Nie zostawia nas z tym samych. Czasami trzeba się po prostu rzucić w nieznane, pójść za głosem serca, zaufać i oddać stery swojego życia Najlepszemu Żeglarzowi. I pracować nad sobą, wymagać od siebie i przestać myśleć, że się nie nadajemy. Jesteśmy wspaniałymi ludźmi, dziećmi naszego Boga, stworzonymi, by z Jego pomocą dokonywać rzeczy wielkich. Uwierz w to!

Ucieczka Jonasza przed zadaniem, jakie zlecił mu Bóg, wywołała ogromną burzę i zagrożenie życia całej załogi okrętu. A co jeśli bez ciebie, wypełniającego swojej misji na ziemi, ktoś zginie, albo po prostu twoje życie będzie marne? Szkoda życia na jego marnowanie, masz je tylko jedno, bezcenne, więc wykorzystaj je w pełni. I ryzykuj, "dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego" (Łk 1,37).

Wpis dedykowany kochanemu Jarkowi w dniu Jego 28 urodzin! (Wierzę, że bez problemu odnajdziesz to, co do Ciebie ;))

Polecam!
https://www.facebook.com/jarek.kozlowski.rysunki?fref=ts
http://jarekk.blog.deon.pl/
http://ostatnia-strona.blogspot.com/

poniedziałek, 28 lipca 2014

„Poszedłem jedną drogą, a wróciłem drugą” św. Charbel

Syndrom wiercipięstwa, czyli za nic nie możesz usiedzieć na miejscu, bo ciągle gdzieś cię ciągnie. Lipiec, mój piękny kochany lipiec.

Rozpoczął się Górą Tabor z Mórkowie (spotkanie dla młodych gniewnych katolików), gdzie Niebo na chwile przybliża się do ziemi i rodzi piękne wieczory ze świecami i leżeniem na mostku twarzą do gwiazd. Tam zapomina się o walizce jeżdżącej po żużlu, ale nie o „stopach Jezusa” od Gosi.

Kontynuacja małymi wypadami na przystań w Trzebieży (bonus w postaci bokserskiego rekordu plaży) i przystań w Dąbiu oraz przeciągniętym tygodniem w domu z wieczornymi przejażdżkami po okolicy.

Czwartkowe lądowanie w centrum Poznania, zakończone sukcesem, kąpiel w Malcie i dalej autobusem do pięknego Różanego Potoku, czyli stawu z małą łódeczką tuż przy nowym, nieskażonym przepychem i kiczem kościele św. Jadwigi. Dobre miejsce, dla Dobrego Kapłana. A na koniec dnia salsa!


Powrót i pozorne uspokojenie wieczornym filmem na dachu Kaskady, gdzie pięknie zachodzące słońce, sprawia, że prawie nic nie widać i zalanie kawą na deptaku, na którym otwarto nowy klub go-go. Szczecin goni inne miasta Polski, tylko, po co? Pozorne uspokojenie zakończyło się porankiem na plaży, gdzie: „O! Młodzież sobie leży!”. Morza szum, wiatr i słońce leniwie powstające z nocnego odpoczynku, jeszcze niekwapiące się do tego, by dać z siebie, choć odrobinę ciepła. Zamki na piasku, próby kąpieli i miasto leżące nad… Odrą i Bałtykiem (oczywiście tylko prawnie).

Chwila w domu na złożenie szafki i zabranie roweru (edukacja pod zawód majsterkowicz – cieśla, jakby ktoś, coś, to dzwonić). I nareszcie, dwa kółka w Szczecinie! Czyste szaleństwo połączone ze strachem przed samochodami i zwieńczone nocnym wypadem do Maca, po uprzednim skosztowaniu zapachu skóry i stajni, po prostu Monika pasjonatka.

Następnie Nowe Warpno, autoprezent na urodziny, czyli autobus, rower, las, Różaniec. Droga bezpieczna, idealna żeby się wyłączyć i być. W miasteczku przystań mała, ale wybroniona przez miejscowych. Informacja turystyczna przy piwie i życzenia miłego dnia. I naprawdę niezły deptak, aż do plaży, bo takie rzeczy to tylko z Unii. Zupa, rozmowa z miłym panem i powrót inną drogą, bo tą samą byłoby nudno. Wytrzęsło mnie po wsze czasy, ale i tak było pięknie!


Nadszedł 23 dzień miesiąca. „W urodziny” wcześnie wstawać nie trzeba, byleby wstać, bo wypada poświętować i coś z siebie dać. Tak w zamian za kolejny rok życia, za to wszystko, tych wszystkich. Dostałam, dostałam tak wiele. Niby przy zdmuchiwaniu świeczek wypowiada się życzenie, ale z Angelą ustaliśmy, że to nie tak, że to dzień prośby do Pana Boga, że możemy prosić, o co tylko chcemy, coś bardzo ważnego dla nas i On nas wysłucha. Więc poprosiłam. Kawiarenka, prezenty idealne, choć przecież obecność to tak wiele, walka z lewarkiem, nowy dom Oli i Rocker, bo „to nie może się tak skończyć”.

W ciągu następnych dni, po roku pt.: „nie mam czasu”, dotarłam na drugi koniec Szczecina. Zabawy z fantastyczną czwórką, niedługo piątką, pieczątki na wszystkim i czas rozmów o życiu z dzielnymi rodzicami. Uzdrowieniówka, czyt. Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, śpiew i Jego słowa nade mną. Miejskie rowery na chodnikach z rozmową o wszystkim i zbyt wielką dumą pewnej młodej damy.

Czas na Lubczynę. Pełna zapału, że tam musi być pięknie, przecież festiwal, regaty, zalew, wzięłam rower i pojechałam. Czekał na mnie… plac budowy, owszem potencjał jest i spory kawałek już odnowiono, ale całość wygląda niespecjalnie. Zapach uniemożliwiający pływanie i rekompensat w postaci ziemnego napoju. Na zachwyt nad Lubczyną trzeba trochę poczekać.


Powrót… Drogą jakubową!!! Cały czas jechałam szlakiem św. Jakuba napotykając charakterystyczne muszelki. Taki tam przypadek. Choć, póki co, niedane mi było wybrać się na pielgrzymkę do Santiago de Capostella, przejechałam jakieś 30 km szlakiem prosto na Jarmark św. Jakuba przy szczecińskiej katedrze.


Po drodze zawinęłam na plażę w Dąbiu, gdzie rozkładano ekran Dąbskich Wieczorów Filmowych. Dojechałam tam razem z około 10 latkiem na małym różowym rowerze, zapewne młodszej siostry, który poderwał mnie na tekst „niezły w pani towar”. Popatrzyłam na słońce powoli przygotowujące się do spania i ruszyłam dalej przy wyjściu spotykając jednego z moich kochanych ortopedów. Najoryginalniejszego ze wszystkich, kłócącego się ze mną o znaki zodiaku i moje cechy lwicy, które rzekomo posiadam i które od razu widać.


Piękne dąbskie osiedla i Przestrzenna, która sama się prosi o to, by, choć na chwile wstąpić i popatrzeć na te wszystkie jachty przy zachodzącym słońcu, posłuchać rozbijających się fal i poczuć ciepły kojący wiatr na policzkach. 


Dalej było trochę ciężko, miejski rower nijak nadaje się na wysokie podjazdu przy Trasie Zamkowej, ale to, co trudne daje najwięcej satysfakcji, więc i tak było warto. Zmachana dotarłam na Jarmark, na którym było tłoczno, głośno, ale dość sympatycznie. Tęskniąc za prysznicem, wróciłam, zrobiłam pranie i padłam, snem sprawiedliwego.

W niedziele wstałam wcześnie, o dziwo, i chciałam jechać do Świnoujścia albo Kołobrzegu, ale najpierw trafiłam do Serca na Różaniec i Msze i jakoś tak wyszło, że spóźniłam się na wszystkie pociągi, a następne czekały dopiero po 15. Otworzyłam butelkę tymbarku, przeczytałam o mojej „zmianie koncepcji” i wróciłam do akademika, robiąc sobie chillout z książką. Długo nie wytrzymałam. Marzyłam o morzu i przed 15:00 już wędrowałam z trzystoma stronami w ręku na dworzec. Tak bardzo marzyłam o tym by popływać, a później usiąść na piasku, jak najbliżej brzegu i czytać, raz na jakiś spoglądając na zachodzące słońce. I udało się. Wystarczyło wstać, ubrać się i wykupić bilet.


Czasem tak mało do szczęścia potrzeba, ale racjonalizm zabija potencjalną radość z wykonania czegoś, co może się przecież nie opłacać. Ale co, jeśli jutra by nie było? Na co te wszystkie kalkulacje? Czasem warto dać się ponieść, zaryzykować. Po co? By wrócić, jako nieco inny już człowiek, prawdziwszy, będący bardziej sobą. By rozbudzić w sobie tęsknotę za wolnością i zacząć cieszyć się prostotą codzienności, zauważając małe cuda, wydarzające się każdego dnia.

środa, 23 lipca 2014

Non omnis moriar cz. III

Nowe Warpno. Jeżdżą tam jakieś busy z Trzebieży, ogólnie trochę poza światem, a szkoda. Otoczone zewsząd przez wodę, duma mieszkańców. Najlepiej pojechać rowerem, wtedy nie ominie się atrakcji czekających po drodze...