niedziela, 9 lutego 2014

O oczekiwaniach rosnących w oczach

Naczytałyśmy się książek pobożnych, posłuchałyśmy bajek o drwalach i teraz marzymy. Marzymy o naszych książętach, którzy spełnią wszystkie te wybujałe wyobrażenia. I nie mamy zamiaru obniżać poprzeczki. Bo tak ma być, tego jesteśmy warte, będzie jak w bajce! Tylko co, jeśli nie będzie? Jeśli droga do spełnienia tego marzenia wiedzie przez całe życie? Tak jak świętość. Jeśli szukamy świętości w małżeństwie, to, to się nie staje zaraz po ślubie, że w sekundę stajemy się doskonali. Tylko przez lata wspólnego pięknego i ciężkiego życia dążymy do ideału św. Rodziny, ciągle jakby zostając daleko w tyle.

Czyli jest taka możliwość, że mężczyzna, który się tobie spodobał i widzisz, że on także okazuje jakieś zainteresowanie, nie będzie cię od początku odprowadzał za każdym razem do domu i nie zachowa się przy każdej okoliczności jak dżentelmen. Nie będzie cię bronił przed złem tego świata. Nie będzie sprawiał, że poczujesz się wyjątkowa i ta jedyna dla niego. Często będziesz uważała, że zachował się jak gbur. Nie wyczuje tego, że jesteś tak bardzo wrażliwa. Nie zauważy, że stał się dla ciebie bardzo ważny i ty masz potrzebę okazywania tego, bo jesteś tak stworzona, by dawać innym odczuć, że są kochani. On tego nie zaczai. I nie ogarnie tego, że my tak szybko się przywiązujemy, że mamy tak wielkie pragnienie miłości, że dość szybko się zauroczamy, czytaj odbiera nam mózg. Myślimy więcej niż zazwyczaj, ale nie, nie o rzeczach powszednich, ważnych, studiach, pracy. Tylko pogrążamy się w marzeniach i głębokich refleksyjnych przemyśleniach o niczym. Stan total ogłupienia. Zaczyna nam na kimś zależeć i stajemy się słabsze, jeszcze bardziej wrażliwe i wyczulone na wszelkie zranienia, czytaj, gdy nie jest tak jakbyśmy chciały.

Na szczęście czasami może się zdarzyć, że będzie tak, jak marzyłaś, lub choć w małym stopniu tak jak sobie to wyobrażałaś, ale czasami. Często wymaga to pracy, dłuższego okresu poznawania się i wzrastania wzajemnego zainteresowania.

Czasami jest tak, że poznajesz drugą osobę i zaczynasz rozmawiać i rozmawiać i tematy nigdy się nie kończą. Ze spotkania wracasz z zakwasami na policzkach od śmiechu. Dostajesz kwiaty, miłego smsa z rana i na dobranoc. Czujesz się przy nim jak prawdziwa kobieta, księżniczka, całkowicie bezpieczna. Pomaga zdjąć ci płaszcz i odwiedza, gdy jesteś chora. Pyta, co u ciebie słychać, martwi się razem z tobą problemami i cieszy się z sukcesów. Chcecie wiedzieć o sobie więcej i więcej. Troszczycie się o siebie nawzajem i zależy wam na szczęściu drugiej osoby, jak na własnym. Tu już chyba zaczyna się miłość, ta prawdziwa, będąca formą dojrzałą zauroczenia. Ona idzie dalej w kierunku służby i oddania, a to już wyższy level.


Każde z nas powinno nieustannie nad sobą pracować. I to nie jest tak, że mężczyźni są beznadziejni, albo kobiety niemożliwe. Po prostu jesteśmy różni. A każda znajomość inaczej się zaczyna, inaczej przebiega a i wiele z nich się kończy. Ponoć to obecność kobiety w życiu mężczyzny sprawia, że staje się on mężczyzną w pełni, a obecność mężczyzny stwarza kobietę. Jesteśmy sobie potrzebni. Potrzebni, jako koledzy, przyjaciele, początkujące znajomości, pary, narzeczeni, małżonkowie. To nie jest wojna płci i nie jesteśmy swoimi wrogami, nie mamy sobie nawzajem wytykać błędów i porażek tylko pomagać się poznawać i rozwijać. Więcej ze sobą rozmawiać i mówić o tych wszystkich różnicach, o uczuciach, opowiadać o męskich i kobiecych światach, o tym, co, dla kogo jest ważne. Jeżeli będziemy się nawzajem szanować i wspierać mamy dużo większe szanse na zbudowanie w przyszłości pięknych rodzin. To, co przepracujemy teraz, gdy jesteśmy studenciakami bez urlopów, zaowocuje w naszym przyszłym życiu. Więc chyba warto się potrudzić. Zbudować odpowiedzialną męskość i dzielną kobiecość, dając przykład przyszłym pokoleniom. Bo jak nie my, to kto.

Budować na jedynym trwałym fundamencie, Bogu. A przed budową uzgodnić projekt z Szefem, udać się na prywatną audiencje, np. adorację. Spytać się Go, jak On na nas patrzy, poprosić byśmy my również dostrzegali w sobie to dobro i potencjał do przyszłego założenia rodziny, czy innego wypełnienia powołania. Poprosić by kierował, pouczał, wspierał, umacniał i uzdalniał. Stwarzał nas na nowo, prawdziwymi, kobietą i mężczyzną na Swój obraz i podobieństwo, stworzonymi według Jego pierwotnego wzoru.

sobota, 8 lutego 2014

Sobota



Chciałbym kiedyś wyglądać jak ta pani z Kościoła. Uśmiechnięta, przekazując znak pokoju, takim pięknym szczerym uśmiechem. I jej twarz! Ona promieniała dobrocią, ciepłem, miłością! I ledwo schodziła z balasek, pod którymi czekał na nią mąż i znowu tak spojrzała! Panie daj bym i ja umiała przekazywać inny Twoje Światło! Tak jak ta kobieta. Podeszła w wieku, pewnie schorowana, ale uśmiechająca się i patrząca z miłością na jakąś dziewczynę w Kościele, która przychodzi tam, bo stara się uwierzyć w Miłość. Która ufa, że Bóg kiedyś nauczy ją kochać.

środa, 5 lutego 2014

"Nie znajdzie ludzkość uspokojenia dokąd nie zwróci się w ufnością do miłosierdzia mojego." Pan Jezus do św. Faustyny

Total niewyspana, studia w rozbiórce, bolące plecy, spuchnięta noga. A On daje mi radość. Radość z patrzenia na słońce. Radość z zawierzenia Mu tego dnia. Radość z życzliwości ludzi, którzy gdy wpadam spóźniona na egzamin oferują mi miejsca koło siebie i się do mnie uśmiechają! Radość z smsa z życzeniami dobrego dnia. Radość z tego, że powalczyłam z nocy i mogę oddać projekt. Radość z samonieogranięcia. Radość z rozmowy przy kserze i z „Dzień dobry” pana ochroniarza. Radość z jedzenia owoców i czekolady. Radość z bałaganu w pokoju, bo to przecież takie moje. I ta walizka na środku pokoju od niedzieli… Pan kierowca, który ustępuje mi przejścia, pan na pasach, który przeprasza, bo „tak gestykuluje” jak chodzi. Koronka, Msza i rozmowa z Tym, który jest Źródłem. Właśnie wtedy powstała ta radość. Zbierała się cały dzień, ale nie mogła zapłonąć nierozniecona przez Niego.

Prosiłam by przywrócił mi radość i prostotę wiary. Tę codzienną ufność, że bez względu na wszystko, to moje życie jest w dobrych dłoniach, w Jego poranionych z miłości dłoniach. Że stery są w Jego rękach, On to kontroluje, nie ja. Ja mam ufać. W końcu mam jakieś pragnienie! W końcu! Chcę Mu totalnie zaufać, rzucić się w Jego ramiona i powiedzieć bądź wola Twoja! Nie skupiać się tak na innych, na tym jak inni na mnie patrzą. Nie myśleć o tym jak mi źle. Nie zagłębiać się w analizowanie moich sił w stosunku do tego, co jest do zrobienia. Bo to nie będzie się działo moją mocą, tylko Jego, a potężniejszego Wspomożyciela nie znajdę! Kiedyś tak potrafiłam, żyć codziennie w Nim, powierzać Mu wszystko, nie planować, nie rozpaczać. Żyć tak, że jeżeli jestem w Nim zanurzona, to wszystko jest w porządku. Tylko to się liczy, czy dbam o to, by nie utracić Łaski, czy On jest dla mnie ważny, czy jest na pierwszym miejscu. Mam walczyć o to, by postępować sprawiedliwie, prawda przede wszystkim, choć czasem łatwiej byłoby oszukać. Ale to nie łatwiej się liczy, liczy się to, czy nie straciłam kontaktu z Bogiem, kombinując, kłamiąc, tłumacząc się, że robią tak wszyscy. Mam słuchać sumienia. Wtedy właśnie zjawia się radość. Gdy przestajemy kombinować i czasem coś niby tracimy, nie zaliczamy, nie wzbogacamy się, ale nasze serce jest czyste, nadal jest w nas pokój i wtedy może wzrastać radość. „Stracić coś dla Chrystusa to znaczy zyskać”. „Bądźcie zimni albo gorący”. Bądźcie radykalni, postępujcie według Ewangelii, proście Pana żeby was w tym umacniał i prowadził albo dajcie sobie spokój, bo letniość jest bez wartości. Jak często o tym zapominamy w codzienności, jak często naginamy prawdę, zasady, sumienie? Jak często robię to ja? I potem się dziwię, że nie ma we mnie tej radości, którą mogłabym zanieść innym. No nie ma. Gdy nie jesteśmy wolni i nie postępujemy według sumienia, nie ma radości, tej prawdziwej radości, takiej, która nie ustaje w cierpieniu, zmaganiach, która, gdy się ją daje innym to się nie dzieli tylko mnoży. Radość Ewangelii, radość z oczekiwania na Niebo. Bo tu, na ziemi to nie jest nasze miejsce, to nie jest nasz Dom. Więc żyjmy tak, by po śmierci nie zostać bezdomnymi...

Ty Panie jesteś godny tego bym Ci zaufała, Tobie powierzam moje życie.

„Mój życia los ufnie w zranione składam dłonie”.


sobota, 1 lutego 2014

www.sorkovitz.blogspot.com

"Jest jedna sprawa, która często nie daje mi spokoju, szczególnie wtedy, gdy robię rachunek sumienia... lub gdy obserwuję wielu religijnych ludzi. Sprawa poważna, proszę mi wierzyć, bo dotycząca naszego duchowego życia. Chodzi mianowicie o kwestię "psa goniącego swój ogon". Już tłumaczę: cóż nasi bliscy, przyjaciele i nieprzyjaciele, ludzie żyjący obok nas mają z tego, że jesteśmy religijni, że próbujemy nawet "wierzyć", że pogłębiając swoje życie wewnętrzne (modlitwa, chodzenie do kościółka, czytanie tekstów pobożnych) zaczynamy się lepiej czuć, ba... przezwyciężamy nawet jakąś wadę, czy złą skłonność? Cóż ludzie będą z tego mieli (lub, co mają na dzień dzisiejszy)?...

Jest (niestety) czasami tak, że wielu "katolików kościółkowych" wpada w niebezpieczną pułapkę. Polega ona na oderwaniu osobistego wysiłku wewnętrznego od realnego i konkretnego dobra innych ludzi. Jeśli stajemy się celem dla siebie samych (mój Boże, jak wielu religijnych ludzi ma z tym problem i tego nie zauważa), popadając w egocentryzm trudno wyczuwalny (nawet na codziennym rachunku sumienia...), zaczynamy przypominać kogoś, kto patrząc daleko wprzód, widzi własne plecy. Gubimy, mówiąc najdobitniej jak się da - cel naszego działania i istnienia. Przypominamy wtedy psa goniącego swój ogon...

Istnieję, rozwijam się, wierzę, pogłębiam swoje życie wewnętrzne - dla dobra innych, a nie tylko po to, by zadowolić swoje ego, dobrze się poczuć, mieć "święty spokój". Jezusa zabili ludzie religijni. Pracując nad sobą można nie zauważyć, że kręcimy się wokół siebie. Dlatego tak bardzo ważna jest spowiedź, kierownictwo duchowe, rada i wsparcie towarzyszącego nam mądrego i pobożnego autorytetu, który jak będzie trzeba - skieruje ku górze, albo gdy zaczniemy przesadzać - sprowadzi na ziemię...

Strzeż się gonitwy za swoim ogonem. Wędrując drogą wiary, daj się poprowadzić mądrzejszym i bardziej doświadczonym duchowo od ciebie. Pomiędzy człowiekiem religijnym a ateistą czy terrorystą może pojawić się cienka, niewidzialna linia, łatwa do przekroczenia. I zamiast stać się gigantem ducha, możemy przemienić się super sprawnie w monstra z zaciśniętymi pięściami. Nadmuchany egocentryzm to deser z wisienką, który często serwuje człowiekowi kelner, z ukrytymi (w bujnej grzywce) różkami. Jeśli wierzysz naprawdę Jezusowi... twoi bliscy zaczną to szybko odczuwać. Kochaj i wierz... Wiara, nadzieja i miłość - z nich zaś największa jest MIŁOŚĆ..."


Źródło: http://www.sorkovitz.blogspot.com/2014/01/dziennik-duchowy-moj-ogon.html

Czas zawrócić

Po co człowiek jedzie do domu? Po to, by móc przejrzeć się w starym lustrze, tym, które najlepiej nas zna. Zobaczyć egoizm, zapatrzenie w siebie i skoncentrowanie na własnym małym świecie i jego problemach. Bo nikt nie ma takich problemów jak ja. Bo ja jestem taka biedna. Ja, ja, ja, ja ja. Sama sobie bogiem, sterem, żeglarzem i okrętem.

I przecież nie będę rezygnować z siebie dla innych, bo liczę się ja. I nie dam rady wysłuchiwać trosk najbliższych, no bo jak mając takie trudności, jak ja? A charyzmat? Charyzmat można przykryć kocem i chodzić koło niego na paluszkach, omijać z daleka, by go przypadkiem na nowo nie rozbudzić. Bo to uciążliwe. Bo bym musiała skończyć królowanie…

Pan Bóg ma sposoby. Czasem musi dojść do apogeum krzywdzenia tych najbliższych, by człowiek się opamiętał. By skuł lód z serca i na nowo uczył się miłości, patrząc na Krzyż. Ten niedościgniony ideał.

Wyjść poza siebie i dalej iść.

niedziela, 19 stycznia 2014

o.Piotr Rostworowski - Misterium życia

"Historia naszego życia to nie jest to, co robiliśmy, że najpierw byliśmy w Warszawie, a potem w Krakowie, że mieliśmy taką pracę, a taką postawę, to studiowaliśmy, to umiemy, ale historia naszego życia to historia naszej duszy. Ważne jest, jak On, Bóg, stanął na drodze, jak Go poznaliśmy, kiedy za Nim poszliśmy"

sobota, 11 stycznia 2014

Iz 57, 17-19

"Zawrzałem gniewem z powodu jego występnej chciwości,
ukrywszy się w moim gniewie cios mu zadałem;
on jednak szedł zbuntowany drogą swego serca,
a drogi jego widziałem.
Ale Ja go uleczę i pocieszę,
i obdarzę pociechami jego samego
i pogrążonych z nim w smutku,
wywołując na wargi ich dziękczynienie:
Pokój! Pokój dalekim i bliskim! -
mówi Pan - Ja go uleczę."

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"Pokój nie da Ci spokoju"

"Jego pokój to nie „święty spokój”, którego tak pragniesz. I albo się przebudzisz, i będziesz szczęśliwy, albo będziesz dalej na siłę żył w tym niesamowicie wygodnym przekonaniu, że nic więcej się nie da zrobić, a już na pewno nie da się przebaczyć. Jeśli jest w Tobie Jezus, a jest to On w twoim sumieniu ciągle będzie do tej sprawy powracał, aż w końcu zrozumiesz, że przebaczenie nie tylko uwalnia tego, kto Cię skrzywdził, ale uwalnia CIEBIE. I da Ci milion znaków, abyś pozwolił Mu działać, a to wszystko nie dlatego, że „tak jest napisane : przebacz, tak jak ja Tobie przebaczam”, nie dlatego że „takie jest Prawo”, ale jedynie dlatego, że Ty jesteś wart tego szczęścia, które kryje się pod słowem „Przebaczenie”. Jezus nigdy nie zmęczy się w prowadzeniu Cię do szczęścia.

Pokój od Niego to ten niepokój, który rodzi się w Twoim sercu za każdym razem, kiedy pomyślisz o tym złu, które się wydarzyło, na które nie miałeś żadnego wpływu, którego stałeś się ofiarą i przez które cierpiałeś jak nigdy. Tam, gdzie szatan zebrał swoje żniwo, tam jest teraz miejsce na łaskę Boga. Tam, gdzie ludzka słabość doprowadza do cierpienia, tam właśnie objawia się MOC Boga. On, dopuszczając to zło w Twoim życiu mówi : CZŁOWIEKU, kocham Cię najbardziej na świecie, ale nie możesz się na tym zatrzymać. Teraz jest czas próby, podaj mi rękę, a przejdziemy przez to razem, i to właśnie TUTAJ chcę pokazać Ci Siebie, pozwól się prowadzić i w przebaczeniu odkryj dowód Mojej Miłości. Ten niepokój to jest Głos Boga, który nie da Ci spokoju. Jest delikatny i cichy, aby Go usłyszeć musisz uciszyć samego siebie i otworzyć się na drugiego człowieka, niezależnie od tego, czy myśli on tak samo jak Ty. Jest człowiekiem takim jak Ty, więc zasługuje i jest wart przebaczenia – TAK JAK TY.

Ten trudny czas to też łaska, która pozwala Ci poznać samego siebie, swoją wartość i to , Co masz w sobie. A jest to Czysta Miłość, jeden dar z Nieba, dar do dzielenia się. A ta Miłość przecież nie pamięta złego! Ta Miłość to nie jest małe, cierpiące „ja i mój problem”, ale Ktoś obok, i w Tobie, który obiecał Ci więcej dobra niż Ty sam chcesz dla siebie. Gdyby On pamiętał zło, nie dałby rady tam, na krzyżu. Przecież Jezus nie myślał tam o tym, że świat Go nienawidzi, jedyną Jego myślą było : „Czy on mnie rozpozna? Czy pozwoli zaprowadzić się tam, gdzie spełnia się nadzieja i nie potrzeba już wiary? Czy będzie chciał przekroczyć samego siebie dla Mnie? Czy nie odmówi Mojej Miłości?”. To o Tobie myślał wtedy Jezus. On chce, byś zobaczył Jego Chwałę większą niż Twój ból."


Źródło: http://blog.pustynia-serc.pl/pokoj-nie-da-ci-spokoju/

niedziela, 5 stycznia 2014

Dar przyjaźni - Ks. Edward Staniek

"Św. Paweł mówi nam o tym, że Bóg w swojej nieskończonej miłości jeszcze przed stworzeniem świata pochylił się nad nami, pragnąc naszego szczęścia zarówno doczesnego, jak i wiecznego. Św. Jan przypomina, że my, którzyśmy się z Boga narodzili, otrzymaliśmy moc, która czyni nas dziedzicami królestwa niebieskiego.

Mając na uwadze łaski, jakie otrzymujemy od Boga, pragnę dziś zatrzymać się przez chwilę nad wyjątkowym darem, do którego tęskni ludzkie serce, ale do którego niewielu na ziemi dorasta. Chodzi o dar przyjaźni. Wczoraj, drugiego stycznia, Kościół obchodził uroczystość św. Bazylego Wielkiego i św. Grzegorza z Nazjanzu. Jest to chyba jedyny dzień w kalendarzu, w którym w szczególny sposób wyeksponowana jest ewangelicznie rozumiana przyjaźń. Są to święci, którzy spotkali się na studiach w Atenach około 355 roku. I tam zawarli przyjaźń. Po studiach ich drogi nieco się rozeszły, ale kiedy trzeba było podjąć walkę w obronie Bóstwa Chrystusa, przyjaciele stanęli obok siebie ramię w ramię i wytrwali w boju do końca. Był to ciemny okres w dziejach Kościoła. Prawda ewangeliczna była niszczona przy pomocy władzy państwowej. Biskupi więzieni, internowani, szantażowani. W tej sytuacji dwaj przyjaciele potrafili wytrwać i obronić Bóstwo Jezusa.

Przyjaźń im w tym pomagała. Grzegorz zostawił piękny poemat biograficzny, w którym wspomina, że wśród wielu darów otrzymał od Boga dar wyjątkowo wielki — przyjaźń męża, który górował nad innymi mądrością, wiedzą, szlachetnością.

Przypomnijmy zatem podstawowe prawa przyjaźni, o których mówi Ewangelia. Chrystus kilka godzin przed śmiercią powiedział: „Nie nazywam was sługami, ale przyjaciółmi”. Syn Boga przyszedł na ziemię po to, aby połączyć nas z sobą więzami braterskiej przyjaźni. Taki był cel Jego miłości. Za to oddał swoje życie.

Przyjaźń ewangeliczna jest przede wszystkim łaską. Spotykamy często przyjaźń czysto ludzką. Jest to jedna z największych wartości, jakie tu na ziemi można spotkać. Ta ewangeliczna jest darem Boga. Z reguły jest wielką niespodzianką dla samych przyjaciół. Spotykają się, tak jak mówi św. Paweł, w sytuacjach zaplanowanych od wieków przez samego Boga. To Bóg łączy serca przyjaciół.

Przyjaźń jest z reguły potrzebna do wykonywania zadań, które przerastają możliwości jednego człowieka. Jeśli takie zadania Bóg stawia przed człowiekiem, daje mu przyjaciela. A więc przyjaźń czyni możliwym to, co bez przyjaźni jest niemożliwe. Przyjaźń umacnia człowieka, pozwala odpocząć wtedy, kiedy przyjaciel czuwa, daje dodatkową siłę.

Przyjaźń gwarantuje wolność. Wydaje się, że jeśli biorę odpowiedzialność za drugiego człowieka, to jestem przygnieciony ciężarem tej odpowiedzialności. Odpowiedzialność zawsze jest ciężka. Ale odpowiedzialność, jaka mieści się w przyjaźni, nie tylko nie przygniata, ale czyni człowieka jeszcze bardziej wolnym. Pozwala mu bowiem przyjąć tak wielką wartość, jaką jest serce drugiego człowieka, i ofiarować za nie nawet własne życie.

Przyjaciele spotykają się wtedy, kiedy ich hierarchia wartości jest identyczna, kiedy dla jednego i drugiego cenne jest to samo. Dziś młodzi ludzie, którzy odwołują się do miłości i przyjaźni, często powiadają: „Oddaj mi się w dowód przyjaźni”. To jest tak, jakby ktoś stał w błocie i mówił: zejdź do błota, to będziemy przyjaciółmi. Prawdziwa przyjaźń działa w odwrotnym kierunku: pomóż mi wspiąć się w górę. To jest sięganie po coś, co jest cenniejsze. Zejście na dół zawsze jest łatwe.

Przyjaźń jest domem szczerości. Jest domem, w którym człowiek może być sobą, jest przyjęty takim, jaki jest, razem ze swoimi słabościami. Jest domem zbudowanym z umiłowania prawdy. Dlatego przyjaźń wymaga zaufania. To zaufanie nie wyklucza tajemnicy. Przyjaciel może mieć tajemnicę, np. zawodową, może mieć tajemnice bolesne i nie przekaże ich chcąc oszczędzić przyjaciela, ale to nie przekreśla zaufania. Ile razy w przyjaźni pojawia się zwątpienie w przyjaciela, tyle razy, jakby nożycami, przecina ono więzy przyjaźni.

Przyjaźń ma wiele form. Najbardziej upragniona to ta, w której przyjaciel stoi blisko, ramię przy ramieniu, przez dziesiątki lat. Tak jest najczęściej wtedy, kiedy na miłości przyjaźni jest zbudowane małżeństwo. Ludzie dziś dobierają się w imię miłości. To nie wystarczy. Aby małżeństwo było trwałe, jest potrzebna miłość przyjaźni, to ona decyduje o dojrzałości współmałżonków. Bywają przyjaźnie łączące ludzi, mimo iż dzielą ich tysiące kilometrów, i to przez długie lata; gdy jednak ci ludzie się spotkają, po pięciu minutach czują się tak, jakby spotkali się po raz ostatni wczoraj. Przyjaźń żyje, pokonując wszystkie odległości przestrzeni i czasu.

Jest również przyjaźń obustronna i przyjaźń jednostronna. Z tą drugą spotykamy się zwłaszcza w procesie wychowania. Ileż to razy my sami w historii swojego życia możemy odkryć człowieka, który podał nam przyjacielską dłoń. Mogło to być przez jedną godzinę, a jednak wsparcie w tym momencie przyjacielskim ramieniem okazało się dla nas niezwykle twórcze.

Przyjaźń jest wartością, o której mówią wszystkie kultury. Jedną z największych wartości, jakie spotykamy na ziemi. Przenoszona jest ponad wszelkie materialne skarby tego świata.

Ten, kto dziś przy ołtarzu potrafi podziękować za spotkanego w życiu przyjaciela, może również podziękować Bogu za to, że sam do przyjaźni dorasta. Jeśli ktoś wie, jakim skarbem jest przyjaźń, sam może już być przyjacielem innych. Jest to wielki gest zaufania Boga do nas, który pozwala, aby inni złożyli ciężar swojego serca w nasze dłonie.

Wspominając żyjących w czwartym wieku świętych przyjaciół Bazylego Wielkiego i Grzegorza z Nazjanzu, którzy swoją przyjaźnią do dnia dzisiejszego zdumiewają cały Kościół, podziękujmy Bogu za ludzi, którzy byli i są naszymi przyjaciółmi. A równocześnie poprośmy Pana Boga, abyśmy umieli sami wspierać przyjacielskim ramieniem tych, którzy przyjaciela poszukują.
"