środa, 14 stycznia 2015

Św. Joanna Beretta Molla

„Wszystko dla Ciebie, mój Boże, moja największa miłości, kiedy coś czynię, cierpię i myślę. W każdym moim oddechu pragnę ofiarować Tobie moją duszę, poświęcić Ci moje serce i niech wzrasta we mnie ogień Twojej Boskiej Miłości. Kochany Jezu, w Twoim pięknym sercu pragnę schronić się, a w moim sercu pragnę uczynić mieszkanie dla Ciebie i chcę żyć i umierać na zawsze, nie opuszczając nigdy Ciebie. Będąc wdzięczna i wynagradzając moje przeszłe niewierności, Tobie ofiaruję moje ubogie serce i wewnętrznie poświęcam je Tobie, mój Jezu, i pragnę z Twoją pomocą nigdy więcej nie grzeszyć.”– te słowa napisała podczas rekolekcji prowadzonych przez jezuitę o. Avedano, niespełna szesnastoletnia Joanna Franciszka Beretta. Kto by przypuszczał, że ta młodziutka dziewczyna pochylona nad jakimś zeszycikiem, siedząc w kościelnej ławce, zapisuje najintymniejsze wyznania miłości do Chrystusa, któremu zostanie wierna już na zawsze.

Joanna Beretta Molla urodziła się 4 października 1922 roku w Magencie. Zmarła 28 kwietnia 1962 roku. Spoczywa na cmentarzu w Mesero.

Joanna Beretta Molla – święta matka, która poświęciła swoje życie za poczęte dziecko została kanonizowana 16 maja 2004 roku. Nie została kanonizowana wyłącznie za ostatni akt jej heroicznej miłości. Zresztą nie byłaby do niego zdolna, gdyby nie świętość całego jej życia.

„Najwyższa ofiara, którą uwieńczyła swe życie – powiedział Ojciec Święty Jan Paweł II podczas homilii 16 maja, kiedy ogłosił Ją świętą – świadczy o tym, że tylko wtedy człowiek może się zrealizować, gdy ma odwagę całkowicie poświęcić się Bogu i braciom”. Słowa wypowiedziane przez Ojca Świętego odzwierciedlają sens życia św. Joanny.

Marzeniem młodziutkiej Joanny było pójść w ślady swojego starszego brata Alberta, który wyjechał na misje do Brazylii. Joanna, mając to na uwadze ukończyła studia medyczne, zrobiła dwie specjalizacje, rozpoczęła praktykę lekarską, poszła na kurs języka portugalskiego, angażowała się w działalność Akcji Katolickiej oraz w pracę charytatywną w Stowarzyszeniu św. Wincentego a Paulo i dużo, bardzo dużo modliła się, bo czuła, że ma zostać świecką misjonarką. Po uzyskaniu dyplomu z medycyny i chirurgii na Uniwersytecie w Pavia otworzyła klinikę medyczną w Mesero. Zrobiła specjalizację z pediatrii na Uniwersytecie w Mediolanie, gdzie później kontynuowała swoją praktykę lekarską.

Okazało się jednak, że i w tym wypadku Pan Bóg miał głos decydujący. Miała w zwyczaju konfrontować swoje plany ze wskazówkami kierownika duchowego. Tym razem otrzymała od niego radę, żeby ostateczną decyzję podjęła po odprawieniu nowenny. Tak też uczyniła i … proces rozeznawania powołania trzeba było rozpocząć od nowa. Nie było to łatwe. Dość długo poszukiwała właściwej drogi życia. Przyznała później szczerze, że był to dla niej prawdziwy czas niepewności i duchowej rozterki …

Kiedy jednak odkryła, że Bóg chce ją widzieć w rodzinie, potraktowała małżeństwo jako prawdziwy dar i zadanie. 24 września 1955 roku wzięła ślub z Piotrem Mollą. Ponadto swoje powołanie macierzyńskie Joanna odkrywała stopniowo. Było to więc macierzyństwo bardzo świadome. W 1956 urodziła syna Pierluigiego, w 1957 roku córkę Mariolinę, a w 1959 córkę Laurettę. W 1961 roku, podczas czwartej ciąży w jej macicy rozwinął się włókniak. Zdecydowała się donosić ciążę i w 1962 roku urodziła się Gianna Emanuela. Jednak Joanna Beretta Molla zmarła mając zaledwie 39 lat.

Dlaczego święta? A jednak …

Joanna była znaną włoską lekarką, kobietą wszechstronnie wykształconą, lubiącą świat mody, muzyki, a zarazem kościelnej ciszy i rozmowy z Bogiem. Nie wiedziała, co ją w życiu spotka, ale chciała je przeżyć zgodnie ze słowami swej ulubionej świętej Marii Goretti: „Życie jest piękne, kiedy poświęcone jest wielkim ideałom. Aby móc osiągnąć ten wielki ideał, potrzeba umieć oddać życie”. Ustaliła sobie zatem jasny program życia duchowego: modlitwa, działanie, poświęcenie. Mając na uwadze modlitwę, mówiła: „[…] musimy dawać ludziom to, co Boże, a nie to co ludzkie. A zatem musimy być zjednoczeni z Bogiem. Im większe jest pragnienie, by dużo dawać, tym częściej trzeba czerpać ze źródła, którym jest Pan Bóg”. Każdy powinien być świadkiem. Natomiast tego, jak się poświęcać na co dzień, nauczyła się od swoich rodziców (obydwoje zmarli w 1942 roku), którzy podjęli trud wychowania trzynaściorga dzieci. Każde z rodzeństwa Joanny otrzymało nie tylko doskonałe wykształcenie, ale – co o wiele ważniejsze – tyle miłości, że wszyscy już jako ludzie dorośli sami podjęli służbę na rzecz innych.

Okazało się jednak, że Bóg przygotował dla niej prawdziwy dar w postaci małżeństwa i rodziny założonej przed Jego obliczem 24 września 1955 roku. Już po pierwszych spotkaniach narzeczeńskich Joanna i Piotr dojrzeli do wyznania sobie miłości, którą wzajemnie odczytali jako dar od Pana Boga. Ich kontakty można nazwać „randkami z Jezusem i Maryją”. Cieszyli się radością wzajemnej miłości. Wiedzieli, że sekretem ich szczęścia jest życie każdą chwilą i dziękowanie Panu Jezusowi za wszystko, co On w swej dobroci zsyła im dzień po dniu. W celu duchowego przygotowania i przyjęcia Sakramentu Małżeństwa odbyli coś w rodzaju triduum. Podczas trzech dni poprzedzających ich zaślubiny przed Bogiem uczestniczyli we Mszy św. i przyjmowali Komunię św., Joanna w Sanktuarium Matki Bożej Wniebowziętej, a Piotr w Ponte Nuovo. Uważali, iż Madonna połączy ich modlitwy i pragnienia. Joanna Beretta wierzyła, że nikt tak ściśle jak Jezus ich nie połączy. Była przekonana, że miłość jest najpiękniejszym doświadczeniem, jakie Pan Bóg włożył w dusze ludzi. Dlatego sakrament małżeństwa, którego nie mogła się doczekać, nazywała sakramentem miłości. Sądziła, że do tego sakramentu zbliża się przez naukę prawdziwej miłości. „Powołanie do życia rodzinnego nie oznacza zaręczenia się w wieku lat czternastu. Nie możemy wkraczać na tę drogę, jeśli się nie umie kochać. Kochać to znaczy pragnąć doskonalić samego siebie i ukochaną osobę, przezwyciężając własny egoizm, podarować siebie. Miłość musi być całkowita, pełna, kompletna, regulowana według prawa Bożego i musi trwać wiecznie aż po niebo.” Joanna była bardzo uczuciowa. Lgnęła całym sercem do Piotra, ale znała wartość czystości. Bez dwuznaczności mówiła: „Czystość ma kierować właściwym i dozwolonym korzystaniem z przyjemności zmysłowych. Nasze ciało jest narzędziem połączonym z duszą dla czynienia dobra. Jak zachować czystość? Otoczyć nasze ciało ogrodzeniem poświęcenia. Czystość staje się piękna. Czystość staje się wolnością”. To właśnie wolność wewnętrzna dała jej szansę wyboru właściwej drogi. Dlatego też swoim życiem ukazała, jak należy przeżywać czas bezrobocia, czas rozstania z mężem, który wyjechał do USA na pewien okres w sprawach biznesowych, i czas szybkiego bogacenia połączony z zakładaniem własnej firmy.

Ale czy Joanna to nie jakaś dewotka? Nic podobnego. Religijność Joanny była spontaniczna i naturalna. Piękna Włoszka była na bieżąco z obowiązującymi ówcześnie trendami mody, znała tajniki subtelnego makijażu. Używała perfum. Nieobcy był jej świat dźwięków – grała na pianinie. Malowała. Jeździła na nartach i uprawiała alpinizm. Dobrze kierowała autem. Miała stały karnet na występy w operze. Wiedziała, po co chodzi się do kina i teatru. Kochała tańczyć i tańczyła tak, że innym było trochę wstyd, iż oni tak nie potrafią. Czerpała radość życia pełnymi garściami. Ćwiczenia duchowe wzbogacane były o radość i pogodę ducha. Uśmiech Joanny urzekał jej męża, był promykiem słońca dla dzieci i zjednywał wielu ludzi. To kobieta pełna życia, dbająca o swoją godność. Urok zewnętrzny szedł u niej w parze z pięknem serca. Należy dodać, iż w ten sposób Joanna wyprzedziła czasy. Była niejako prekursorką potrafiącą przeżywać swą wiarę w radości. Nie była skupiona tylko na sobie, ale otwarta na pomoc osobom starszym i potrzebującym. Podejmowała najzwyklejsze prace domowe. Można więc ją było zobaczyć ze ścierką czy siatką pełną zakupów. Prowadziła dom otwarty na sąsiadów i potrzebujących. Sama, będąc lekarką, służyła swoim pacjentom czasem, talentem, a kiedy trzeba było to także dyskretnym wsparciem finansowym.

Małżonkowie Molla doświadczali rozmaitych trudności, lecz zawsze szukali dobra i z Bożą pomocą potrafili je wspólnie znosić. Joanna bardzo pragnęła wielodzietnej rodziny. Obydwoje z Piotrem potraktowali rodzenie dzieci jako współpracę ze Stwórcą. Z medycznego punktu widzenia za każdym razem stan błogosławiony nie był dla Joanny łatwy. Dwukrotnie przeżyła ogromny smutek, jaki towarzyszy matce z powodu naturalnego poronienia. Ale ostateczna próba nadeszła później. „W małżeństwie byliśmy tak szczęśliwi – wspomina Piotr. – nikt nie przypuszczał, co nam przyjdzie razem przeżyć. Kiedy mieliśmy trójkę dzieci, podczas oczekiwania na czwarte, wykryto u Joanny bardzo niebezpiecznego włókniaka macicy. Specjaliści przedłożyli jej trzy możliwości: usunięcie włókniaka wraz z macicą, co ratowałoby życie jej, poświęcając jednak życie poczętego dziecka; usunięcie włókniaka i przerwanie ciąży, co pozwoliłoby być może mieć kolejne dzieci; oraz próbę usuwania włókniaka przy jednoczesnym staraniu się, aby nie zniszczyć poczętego życia”. Joanna wybrała … Jakby mimo woli, na około 15 dni przed terminem porodu, powiedziała mężowi: „Jeśli będziecie musieli wybierać pomiędzy mną a dzieckiem, wybierzcie dziecko”. To samo zdanie powtórzyła kilkakrotnie również profesorowi, który ją operował, prosząc go usilnie, by uczynił wszystko, co w jego mocy, aby ocalić poczęte dziecko. Urodziła się piękna dziewczynka, która tak jak mama zapragnęła zostać lekarką. I też nosi imię Joanna… Córka Joanna Emanuela, czyli „Bóg z nami” zna swoją mamę wyłącznie z przekazów taty, wujostwa oraz nieco starszego rodzeństwa. Jest swojej mamie wdzięczna oczywiście najpierw za to, że oddała dla niej swoje życie. Ale jest równie wdzięczna za wzór, jaki po sobie pozostawiła. Mówi: „Moja mamusia czuwa nade mną. Moja mamusia jest ze mną. Moja mamusia wcale nie odeszła…”.

Niestety, sama Joanna żyła jeszcze zaledwie kilka dni. Odczuwała ogromne bóle fizyczne. Nie mniejszy był zapewne też ból psychiczny. Choć bardzo cierpiała, umierała godnie. Piotr wspomina to tak: „Ciągle jeszcze widzę Joannę, kiedy to rankiem w niedzielę Zmartwychwstania w 1962 roku na oddziale położniczym w szpitalu w Monzie i z taką trudnością bierze w ramiona podane dziecko. Potem je całuje. Patrzy na nie ze smutkiem i cierpieniem. To jest dla mnie znak, że ma świadomość, iż będzie je musiała osierocić. Od tego dnia bóle już nie ustawały. Tak bardzo była cierpiąca. W nocy z wtorku na środę w Oktawie Zmartwychwstania przeżyła bardzo ciężką zapaść. W środę rano poprosiła mnie, abym się zbliżył i powiedziała: Piotrze, ja już tam byłam i czy ty wiesz, co widziałam? Pewnego dnia opowiem ci o tym. Ale ponieważ byliśmy zbyt szczęśliwi, żyliśmy zbyt dobrze z naszymi cudownymi dziećmi, pełni zdrowia i łaski, ze wszystkimi błogosławieństwami nieba, zostałam odesłana tu ponownie, aby jeszcze pocierpieć, gdyż nie jest słusznym stanąć przed Panem Jezusem bez wielu cierpień.” Taka była ostatnia rozmowa Piotra z żoną. „Dla mnie to właśnie był testament radości i cierpienia, oddania i ufności Bogu” – wyznał.

Joanna już wcześniej, zanim doszło do sytuacji, kiedy musiała wybierać pomiędzy swoim życiem a życiem dziecka poczętego, była świadoma, że każde powołanie jest powołaniem do macierzyństwa albo fizycznego, albo duchowego i moralnego. Co więcej, była przekonana, że w każdym powołaniu, zwłaszcza matki, mogą przyjść chwile, iż trzeba będzie zdobyć się nawet na oddanie własnego życia, by zachować to, które się poczęło. Tym niemniej Joanna nigdy nie żyła, myśląc o sobie w kategoriach męczeństwa. Jej wybór życia był konsekwencją wyborów, których dokonywała od młodości; wyborów piękna, sportowej kondycji czy talentów malarskich i muzycznych, którymi Bóg ją obdarował. Oddanie życia za dziecko było niejako wpisane w jej światopogląd: „Należy bronić każdej formy życia za wszelką cenę, nawet za cenę oddania własnego” – twierdziła.

Joanna miała pełną świadomość, że pozostawia trójkę małych dzieci i czwarte, które się narodzi. Wiedziała, że nie będzie mogła więcej ich do siebie przytulić, nie będzie mogła z nimi pójść na spacer, nie będzie mogła cieszyć się ich głosem i radosnym śmiechem. Jednakowoż czuła, że jeżeli zawierzy Opatrzności Bożej, to krzywda jej dzieciom się nie stanie. Joanna miała właściwą hierarchię wartości. Była w bliskim kontakcie z Panem Bogiem, którego traktowała w sposób osobowy. Za najbliższą powiernicę obrała sobie Matkę Najświętszą, której powierzała wszystkie swoje sprawy, dlatego na przykład za każdym razem, kiedy zostawała szczęśliwą mamą, prosiła męża, żeby zaraz po porodzie ofiarowywał każde dziecko Maryi w kościółku położonym nieopodal jej rodzinnego domu, a poświęconym Matce Bożej Dobrej Rady.

Dla Joanny dzieci były dopełnieniem małżeństwa, spełnieniem się jako kobiety i nie przeszkadzały w byciu uznaną lekarką. Potrafiła cieszyć się swoimi sukcesami zawodowymi, ale nie ustawiała ich na szczycie hierarchii wartości. Dlatego też była kobietą szczęśliwą, zawsze pogodną i cieszącą się z każdego kontaktu z drugim człowiekiem. Św. Joanna to również przykład kobiety umiejącej odpoczywać i zachęcającej do odpoczynku rodzinnego. Postawa męstwa u kobiety dojrzałej, według Joanny, polegała na podejmowaniu trudów życia, wierności swoim przekonaniom, systematyczności w dążeniu do rozpoznanego na modlitwie celu. To również nieprzerzucanie swoich zmartwień na innych. To postawa kobiecej radości, nie zaś zgorzknienia i narzekania. Dzielna kobieta to zatem nie „kwaśna hardość”, ale pogodny spokój w każdej, czasem nawet bardzo trudnej sytuacji życiowej. Święta Joanna, to kobieta najbardziej wpisana w całą współczesną rzeczywistość ludzi żyjących w małżeństwie.

„Nie przypuszczałem, że żyłem obok jakiejś świętej – wyznaje mąż Joanny, inżynier Piotr Molla. – a moja małżonka nigdy nie dawała mi odczuć, iż robi to czy tamto, by dostać się do raju. Ona kochała życie. Była normalną, kochającą żoną i matką. Po prostu sobą”.

To właśnie ta osoba staje się wzorcem życia dla coraz większej liczby małżeństw na całym świecie. To kobieta promująca ludzkie życie, broniąca je, a w ostateczności składająca je w ofierze za poczęte dziecko. Jej życie i styl życia całej rodziny Mollów ukazuje wieczną tęsknotę ludzi za prawdziwą miłością małżeńską i rodzinną. Z tej właśnie racji jej kult rozszerza się po różnych zakątkach świata.

Jan Paweł II, podczas homilii 16 maja, kiedy ogłosił Ją świętą, powiedział:„Wynosząc na ołtarze Joannę, Kościół pragnie oddać hołd wszystkim heroicznym matkom, które bez reszty poświęcają się swoim rodzinom, które cierpią, wydając na świat dzieci, które są gotowe podjąć wszelkie trudy, aby przekazać dzieciom wszystko, co najlepsze, bo miłość niejednokrotnie staje się próbą, czasem wręcz heroiczną, która wiele kosztuje macierzyńskie serce kobiety.”

Św. Joanna ukoronowała swoje posłannictwo kobiety, żony i matki, poprzez świadomą ofiarę z życia. Ukazała wyjątkową świętość, przeżywaną w sposób spontaniczny i głęboki przez całe życie. To życie proste, dobre, zwyczajne wzbudziło zainteresowanie wielu ludzi i może być dla nas wszystkich wzorem do naśladowania. Jest patronką narzeczonych i zakochanych, małżonków i rodziców, kobiet oczekujących potomstwa i w stanie błogosławionym, także patronką rozeznających powołanie i służby zdrowia.

I jak przykład Joanny ma nie przemawiać do ludzi, skoro mamy do czynienia ze świętą, która była matką, żoną, lekarzem – kobietą świętą żyjącą w normalnej rodzinie? A rodziny są wszędzie i potrzebują przecież jasnych wzorców, które pokazują, w jaki sposób ustawiać relacje do Boga, współmałżonka, dzieci i pracy zawodowej.

Dlatego też 11 listopada 2007 roku ks. bp Ordynariusz Łomżyński, podczas uroczystej Mszy św. dokonał wprowadzenia relikwii św. Joanny Beretty Molla do Kościoła w parafii p.w. Świętej Rodziny. Uroczystość rozpoczęto już w piątek nowenną ku czci Świętej, wypraszając przez Jej wstawiennictwo potrzebne łaski. Odtąd w parafii, w każdą środę przed Najświętszym Sakramentem oraz relikwiami św. Joanny Beretty Molla odmawiany jest różaniec w intencji rodzin, a w każdą drugą niedzielę miesiąca podczas Mszy św. wierni modlą się w intencji małżeństw, które obchodzą w danym miesiącu rocznicę zawarcia Sakramentu Małżeństwa. A poza tym rodziny, narzeczeni, matki w stanie błogosławionym, ojcowie, lekarze, pielęgniarki, pedagodzy i każdy, komu zależy na jakości rodziny jemu bliskiej i rodzin w ogóle, przychodzą przed relikwie i obraz św. Joanny, aby sobie przypomnieć albo wręcz nauczyć się, co to znaczy być rodziną chrześcijańską. Taka święta jest wszystkim potrzebna… Oto modlitwa, za wstawiennictwem św. Joanny:

Boże, Ty powiedziałeś, że nie ma większej miłości nad tę, kiedy ktoś daje życie za osobę ukochaną. Dziękujemy Ci, że dałeś nam w osobie Joanny płomienny przykład prawdziwej miłości i szacunku dla życia. Dopomóż nam, abyśmy zrozumieli jej przykład życia, rozpowszechniali go i sami nim żyli. Jesteśmy Ci także wdzięczni, ponieważ przez dar jej życia uczysz nas przyjmować i szanować każdą istotę ludzką. Udziel również nam mądrości, rozumu i odwagi, abyśmy za przykładem i wstawiennictwem Joanny, w życiu osobistym, rodzinnym oraz zawodowym, potrafili usłużyć każdemu, by w ten sposób wzrastać w miłości i świętości.

Daj nam za wstawiennictwem św. Joanny, która, idąc za przykładem Twego Syna, ofiarnie złożyła swoje życie za życie innych, tę łaskę, której oczekujemy …

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.


wtorek, 6 stycznia 2015

"Pod prąd"

Pan Bóg umie znaleźć sposób na wszystko. Ociągałam się z nawracaniem jak tylko mogłam, bo spodobało mi się życie „tak jak wszyscy”. Ale jest jedna sprawa, dla której jestem w stanie dać z siebie naprawdę wiele i to już, od zaraz. Choćby to miało oznaczać momentalne spakowanie się i wyemigrowanie na dwudniowe rekolekcje w milczeniu. Jeśli mam być żoną i matką, to będę zarypistą żoną i matką, ugruntowaną w Chrystusie i stawiającą Boga na pierwszym miejscu. Bo nie wyobrażam sobie wypełniania powołania życiowego poza Nim, bo wiem, że tylko On może mnie nauczyć kochać, tak prawdziwie i tylko z Nim wszystko ma sens.

Teraz przede mną długa droga i pewnie wcale niełatwa. Ale jak na chwilę zatrzymałam się i spojrzałam na siebie, na to, jaką jestem kobietą, co jest dla mnie ważne, czym się przejmuję i na czym opieram swoje życie, to się przeraziłam. Wszystko siadło. Wszystko nie tak. Dawne ideały gdzieś na boku i marne świadectwo chrześcijańskiego życia. A niby z pozoru wszystko w porządku. Boże, co ja bym bez Ciebie zrobiła? Co bym zrobiła bez tych chwil zwolnienia, zatrzymania, ciszy i zastanowienia? Bez tego „stanięcia w prawdzie”?

Dobrze mieć w życiu cel, choćby był jeszcze bardzo odległy. Warto pamiętać, że „nadzieja zawieść nie może”… ;)

I na koniec "coś pięknego":

„Maria i Alojzy prowadzili „zwyczajne” życie. Jako małżeństwo udzielali się zarówno towarzysko, jak i charytatywnie. Niezależnie od tej bardzo konwencjonalnej manifestacji udanego życia rodzinnego, byli w sobie zwyczajnie zakochani. Maria wyznała, że przez 46 lat małżeństwa codziennie cieszyła się, gdy słyszała męża wracającego z pracy. Każdy dzień rozłąki owocował pisanymi do siebie listami. Bycie razem było powolnym wzajemnym kształtowaniem siebie i dorastaniem do wysokiego poziomu. To dzięki swej żonie Alojzy przemienił się z dobrze nam znanego „wierzącego niepraktykującego” w prawdziwego chrześcijanina.

Prowadzenie życia towarzyskiego i rodzinnego nie wykluczało u Quattrocchich bardzo bliskiego kontaktu z Bogiem. W pierwszych latach małżeństwa opracowali swoisty regulamin, w którym zobowiązywali się dążyć do świętości przez uświęcanie i jak najlepsze wykonywanie swych codziennych obowiązków. Głęboka wiara nie przeszkodziła Alojzemu w zrobieniu kariery prawniczej i osiągnięciu wysokich stanowisk państwowych, a Marii pozwoliła na zaangażowanie się w działalność nowo powstających wspólnot kościelnych i wciągnięcie w nie męża.

Mieli czwórkę dzieci. Uważali je za cenny dar, którego trzeba strzec i za który należy Bogu dziękować. Zawsze dawali temu wyraz. Najbardziej poruszyło mnie postępowanie Luigiego, kiedy tuż po narodzinach pierwszego dziecka, z dnia na dzień rzucił palenie papierosów, twierdząc, że nie chce dawać złego przykładu swojemu synowi.

Wszyscy, którzy ich znali i spotykali się z nimi, byli zauroczeni oraz zdumieni niewiarygodnym zmysłem pedagogicznym w wychowywaniu dzieci. Interesowali się postępami szkolnymi swoich pociech, pomagali w zadaniach, poprawiali i karcili za przewinienia. Jak wspomina syn Filippo, autentyczny przykład i zachęta pochodziły od rodziców: „ponieważ posiadaliśmy braki, nie mogliśmy też uniknąć upomnień i kar; jedną z najcięższych był brak pocałunku od mamy na dobranoc. Ich relacje z nami (a muszę podkreślić, że nie byliśmy aniołkami) opierały się na dialogu i były nacechowane głęboką serdecznością”. Rodzice nie lekceważyli braków, lecz starali się im zaradzić. Żywiołowe temperamenty dzieci kształtowali swoją wrażliwością i wychowawczym taktem, nie bojąc odwoływać się także do sfery sumienia.

Najcenniejszy dla dzieci był ich „aktywny udział w życiu pozaszkolnym i w wypełnianiu naszego wolnego czasu”. Częste wspólne spacery, wypady za miasto, wycieczki rowerowe, wakacje organizowane tak, aby dzieci się nie nudziły, odpoczęły i mimo woli czegoś się też nauczyły – tym rodzice zaskarbiali sobie serca dzieci. Można by pomyśleć, że byli nadopiekuńczy. Nic podobnego, umieli w porę się wycofać.

Największą siłą Quattrocchich było trzymanie się razem na dobre i na złe. Każde mogło liczyć na wsparcie reszty rodziny w najtrudniejszych chwilach. Gdy Maria była po raz czwarty w ciąży i lekarze stwierdziwszy zagrożenie jej życia, zaproponowali aborcję, małżonkowie jednomyślnie podjęli ryzyko i zostali nagrodzeni narodzinami zdrowej córki. Z tego okresu starszym dzieciom w pamięci pozostał wizerunek ojca jeszcze bardziej niż zazwyczaj troszczącego się o matkę i nieustannie modlącego się o pomyślne rozwiązanie tej trudnej sytuacji.

W starszym wieku Maria i Alojzy całkowicie poświęcili się życiu duchowemu, ale ich miłość nie wygasła, a obecnie – jak zostało to oficjalnie ogłoszone przez Ojca Świętego – są jednością z Chrystusem w Niebie.

Ich beatyfikacja 21 października 2001 roku to kolejne za pontyfikatu Jana Pawła II wydarzenie bez precedensu w historii Kościoła. Po raz pierwszy dwoje ludzi zostało beatyfikowanych za to, że byli szczęśliwym, udanym małżeństwem i wspaniałymi rodzicami dla swoich dzieci.

„…błogosławieni nie, mimo że byli małżonkami, ale ponieważ byli małżonkami i rodzicami czworga dzieci” – tak o nich powiedział Jan Paweł II.”

(Małgorzata Niemiec, Sławomir Spasiewicz, „Głos Ojca Pio” (nr 20/2003))

 

Maria i Luigi Beltrame Quattrocchi

czwartek, 1 stycznia 2015

Życzenia

Nowy Rok. Radość, zabawa. Budzę się nad ranem i Pan pokazuje mi wczorajszy dzień, najpierw to, co dobre, a później wszystkie uchybienia. Niezauważenie potrzebujących, brak miłości, brak otwarcia na nieznanych ludzi. On, sama miłość, nie potrafi przejść koło takiego mojego postępowania obojętnie. I jak zwykle, te Jego: „za mało kochasz!”. Tracąc dla kogoś potrzebującego czas pełnisz Jego wolę, chociaż czasami tak ciężko zrezygnować ze swoich pomysłów na wypełnienie danej chwili.

Pan Bóg ciągle uczy mnie czegoś nowego, choć się wydaje, że jest tak daleko, że nie jest tak blisko, jak za czasów powrotu do Kościoła. A jednak, nadal prowadzi mnie za rękę, tyle, że żeby to dostrzec muszę na chwilę odejść od siebie i spojrzeć na wszystko z dystansu.

Dostałam od niego wielu kochanych ludzi, takich, że jak teraz to piszę, to łzy stają mi w oczach. Z ludzkiego punktu widzenia, nie zasługuję na nich. Jestem okropną córką, siostrą, a i przyjaciołom często nie jestem w stanie dać swojego czasu, albo zrezygnować z ciągłego gadania o sobie, by w końcu zamilknąć i wysłuchać kogoś, kto tego potrzebuje. No do kitu. A jednak On postawił ich na mojej drodze i związał nas czymś takim, że te moje uchybienia przestają mieć aż tak wielkie znaczenie. Czym? Swoją miłością. Czasami przychodziło mi do głowy, że może to ja jestem taka wspaniała, że otacza mnie tylu dobrych ludzi. Bzdura. Wystarczy, że na chwilę odejdę od Niego, a widzę, jakim marnym człowiekiem jestem, ile we mnie egoizmu, pychy, chęci posiadania. Oni nie przychodzą do mnie, to nie ja ich zatrzymuję, to Ten, który we mnie mieszka. Kiedyś to już gdzieś słyszałam, kiedyś już do tego doszłam. Ale w codziennej pogoni za „lepszym życiem” gdzieś to zagubiłam. Na szczęście trafiłam do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie i tam mi to przypomnieli. Ludzie nie przychodzą do nas, oni nie tyle szukają nas, oni szukają Boga i Bóg jest tym, kim mamy ich obdarować. Mamy im dać Jego troskę, współczucie, zainteresowanie, czas, Jego miłość. Tylko, żeby mieć, co dać, trzeba najpierw wziąć. Karmić się Jego ciałem, modlić się, słuchać, tego, co On ma do powiedzenia. A ja się dziwiłam, że przez ostatnie trzy tygodnie wszelkie moje próby pokazania innym Boga spełzały na niczym. Skoro postawiłam Go na drugim, czy trzecim miejscu w moim życiu, nie mogło być inaczej.

Własnymi siłami możemy naprawdę niewiele. Za to razem z Nim możemy zmieniać świat. Każdy z nas, ty i ja, możemy iść w świat i dając świadectwo naszym codziennym życiem, przybliżać ludzi do Boga. Pokazywać, że można inaczej. Żyć postępując sprawiedliwie, czasem rezygnując z zaszczytów, czy wygranej, że da się przebaczać i nie życzyć źle naszym wrogom, że możliwa jest rezygnacja ze swoich planów, że można walczyć o czyste sumienie, nie kłamiąc, nie naginając prawdy. Że cierpienie, trudności mają głębszy sens, oczyszczają człowieka, pokazują jak bardzo jest kruchy, jak bardzo potrzebuje innych ludzi. Że sukces i życie bez zmartwień wcale nie są wyznacznikami szczęścia.

Szczęście to znać powód swojego pobytu na ziemi, zdawać sobie sprawę z tego, że ma się tu coś do zrobienia, coś, co nie zniknie wraz z naszą śmiercią. To wstawać rano i wiedzieć, po co to wszystko robimy. To świadomość misji, jaką mamy do wypełnienia. Szczęście to ludzie, którzy są obok nas. To, że nie jesteśmy samowystarczalni, ale potrzebujemy siebie nawzajem. Szczęście to radość, której nie zabijają przeciwności losu. To życie, które jest przygodą i ciągłym odkrywaniem czegoś nieznanego. Szczęście to uśmiech, szczerość i prostota dzieci, to nadzieja, że mogą uczynić wiele dobra, dokonać rzeczy wielkich, że niosą w sobie tak ogromny potencjał. Szczęście to piękno otaczającego świata, góry, morza, lasy, rzeki, dzika natura. Szczęście to słoneczny dzień po całym tygodniu szarugi. Szczęście to czyjś uśmiech, to poczucie, że ktoś się o ciebie zatroszczył, że ktoś potraktował cię tak, że w końcu poczułeś się wartościowym człowiekiem, piękną kobietą, prawdziwym mężczyzną, wartym miłości, wystarczająco dobrym. Szczęście to przekraczanie własnych granic, dokonywanie czegoś, co było ponad twoje siły i uparte dążenie do celu. To zauważenie dobrych owoców tego, co z siebie dałeś innym ludziom, choć wszystko wydawało się bez sensu.


Szczęście to te ciepło, które wypełnia serce, gdy myślisz sobie, że dzięki Bogu, to był naprawdę piękny rok. Właśnie takiego poczucia, życzę Wam pod koniec tego, dopiero co, rozpoczętego roku.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Wigilia w SOMie

W dniach 12-14 grudnia w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie miało miejsce spotkanie kandydatów na wolontariuszy misyjnych w roku formacyjnym 2014/2015 o haśle przewodnim: „Świętość – Pycha i pokora”.

Było to ostatnie spotkanie przed Bożym Narodzeniem, więc jak łatwo się domyśleć, dom przy ul. Korowodu 20 wypełniła świąteczna atmosfera. Niektórzy wolontariusze przyjechali wcześniej, by już w godzinach popołudniowych dzielnie pomagać w kuchni. Przed godziną 18:00 ruch w holu zwiększył się do wartości maksymalnych, a wolontariusze autostradą w postaci schodów do góry lokowali się w przydzielonych pokojach.

Salezjański weekend rozpoczął się modlitwą, kolacją i oficjalnym powitaniem, którego dokonał dyrektor SOMu ks. Roman Wortolec. Zaraz po przywitaniu, członkowie spotkania żwawo ruszyli do przygotowań Wigilijnych. Wycinali dzwonki, gwiazdki, choinki, rysowali renifery, sklejali łańcuchy, ozdabiali słoiki, przygotowywali stroiki, a wszystko to w radosnej atmosferze, z momentami śpiewu na ustach i z rozmowami o świętach i nie tylko. Wieczór zakończyła modlitwa i słówko na dobranoc. Jednak szalona ekipa ludzi chętnych na długoterminowy wyjazd na misje nie poszła spać, lecz w konspiracji przygotowywała jasełka.

Sobotni poranek uczestnicy spotkania rozpoczęli Eucharystią z elementami Jutrzni, śniadaniem i prezentacją z długoterminowej misji w Wenezueli, na którą posłano Małgorzatę Wiśniewską i Agnieszkę Kanię. Wolontariuszki opowiadały o radości, jaką przysporzyła im praca z dziećmi i młodzieżą, ale też o trudach misyjnych. O ciężkich chwilach, gdy chęć działania, podejmowania nowych inicjatyw i wszelki entuzjazm jest gaszony przez wspólnotę, z którą trzeba współpracować.

Po prezentacji i krótkiej przerwie kandydaci na wolontariuszy udali się do kaplicy na konferencje ks. Macieja o pysze i pokorze w życiu codziennym, życiu duchowym. Ks. Maciej zaprezentował na konkretnych przykładach jak mogą przejawiać się te dwie postawy w naszym postępowaniu. Zwrócił uwagę, na to, że to nie my własnymi siłami mamy stawać się idealnymi. Pokora to wiara w to, że to Chrystus nas przemieni, uzdrowi, gdy będziemy szli przez życie spełniając Jego wolę.

Następnym etapem były końcowe przygotowywania do Wigilii. Gotowanie barszczu i uszek, wykładanie śledzi, krojenie ciast, dekorowanie i nakrywanie stołów, każdy miał jakieś zadanie. Na Wigilie wypadałoby się ładnie ubrać, więc zarówno mężczyźni jak i kobiety ruszyli, by wyciągnąć z szafy sukienkę, wyprasować koszule, pomalować oczy i spryskać się perfumami.

O 16:00 rozpoczął się wieczór wigilijny. Najpierw życzenia, które nie miały końca, bo uczestników spotkania było około sześćdziesięciu, a następnie wieczerza z radosnym śpiewem kolęd. Wiele śmiechu, wiele rozmów i kolęda w wykonaniu ks. Romana i ks. Macieja na dwa głosy. W SOMie jest komu śpiewać, jest komu grać na gitarze, czy bębenku, przyjeżdża tu wielu uzdolnionych ludzi.

Kolejną częścią spotkania były Jasełka, pieczołowicie przygotowane przez wolontariuszy długoterminowych. Motywem przewodnim przedstawienia był tekst autorstwa bł. Matki Teresy z Kalkuty:

„Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata
i wyciągasz do niego ręce,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad,
które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
w ich samotności,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom",
tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
moralnego i duchowego ubóstwa,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
jak bardzo znikome są twoje możliwości
i jak wielka jest twoja słabość,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg
pokochał innych przez ciebie,
Zawsze wtedy,
jest Boże Narodzenie.”

SOMowi aktorzy przedstawili pokrótce historię narodzin Jezusa w Betlejem oraz pokazali, w jaki sposób każdy może sprawić, by Bóg narodził się w czyimś sercu. Wskazali na to jak możemy kontynuować Jego misję na ziemi.

To jeszcze nie koniec, następnie odbył się wieczór kolęd i poezji oraz rozmów prowadzonych przez Skype’a z wolontariuszami, którzy aktualnie przebywają na misjach. Wieczór poezji przekształcił się w SOMowy Mam Talent. Aby odebrać prezent od św.Mikołaja z afro (w tej roli ks. Roman), renifera Rudolfa z czerwonym brokatem na nosie (ks. Maciej) i pięknej anielicy (Sylwia Prządka) należało popisać się swoimi wybranymi zdolnościami. W przerwach pokazu talentów dzwoniono do kolejnych placówek misyjnych by złożyć życzenia dziewczynom, które w tym szczególnym okresie są tak daleko od swoich domów. Dziewczyny nie jednym nas zaskoczyły, przede wszystkim dużą dawką humoru. W międzyczasie odbył się również koncert rockowy duetu Mikołaj & Rudolf.

Na koniec, ten długi i bogaty we wrażenia dzień, uczestnicy spotkania oddali Panu Bogu przed Najświętszym Sakramentem. Prosili by uczył ich stawać się pokornymi, pokazywał, kiedy to pycha w nich zwycięża. By dalej prowadził, wspierał, by był. Oddawali Mu chwałę śpiewając, modląc się i siedząc cicho, wpatrując się w Jego święte Oblicze, by Jego blask odbił się w nich, choć w ten nieidealny sposób, choć na chwilę ich życia.

Spać nie poszli, tylko siedzieli w kuchni, rozmawiali, grali i cieszyli się swoją obecnością, bo nazajutrz…

Nadszedł dzień rozjazdów. Msza św. z Jutrznią, śniadanko. I ostatnia już prezentacja z misji krótkoterminowych w Ugandzie. Prezentowały: Anna Juszczakiewicz, Hanna Rutkowska, Anna Poliszkiewicz i Agnieszka Grajewska. Wszystkie dziewczyny były w ten samej placówce, jednak dwie z okresie naszej zimy, a następne dwie, wtedy, gdy dzieci w Polsce mają wakacje. Głównym zadaniem w placówce chłopców z Namugongo jest organizowanie im czasu, wyrabianie odpowiednich zachowań, ogólnie pojęta nauka, rozwijanie kreatywności i pobudzanie do działania. A także troska i zaangażowanie w ich życie, zainteresowanie i poświęcenie im czasu, bo tego bardzo potrzebują.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Weekend spędzony w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie to czas krótki, intensywny i eksploatujący, ale też piękny, radosny, docierający do głębi nas samych. Spędzony w towarzystwie ludzi, w których oczach można dostrzec Boga, ludzi, którzy chcą dać z siebie więcej, bo przeczuwają, że do tego wzywa ich Pan. To czas spędzony z Bogiem, niezmarnowany, w pełni wykorzystany.

Boże Narodzenie już się zaczęło.

http://www.misje.salezjanie.pl/

wtorek, 9 grudnia 2014

Wtedy jest Boże Narodzenie.. Jasełka

św. Jan Bosko: 

Drogie dzieci, dzisiaj opowiem wam o najbardziej szalonym czynie miłości Pana Boga.

Wyobraźcie sobie miejsce, w którym jest najlepiej na świecie, wprost cudownie, macie wszystko, czego Wam do szczęścia potrzeba, kochanego Tatę przy swoim boku, usługujących Aniołów na każde zawołanie, żadnych trosk, płaczu czy cierpienia, otacza was piękna natura. Po prostu raj. Jednak jest jedna sprawa, która ciągle was zasmuca. Ludzie, których bardzo kochacie nie mogą być tam z wami. Wasza radość nie jest pełna, bo nie możecie jej dzielić z bliskimi, okropnie za nimi tęsknicie i wiele byście oddali by mogli razem z Wami cieszyć się tym pięknym miejscem.

Tak tęskni za nami Pan Bóg. W Niebie jest wszystko, ale nie ma tam nas. Dlatego musiał wymyśleć jakiś sposób, żeby pomóc nam zasłużyć na Niebo. Bo my niestety, jesteśmy tylko ludźmi i często upadamy, źle traktujemy innych, zapominamy o tym, co ważne i gubimy się w świecie doczesnym. I tak posłał Bóg Swojego Syna na świat, aby stał się człowiekiem, pokazał nam jak żyć i wziął na siebie nasze grzechy.

A początek był taki:

Dawno, dawno temu, jakieś 2000 lat wstecz, w mieście Nazaret mieszkała młoda kobieta o imieniu Maryja. Maryja była bardzo pobożna i piękna. Wydano ją za mąż za nieco starszego Józefa.

Pewnego dnia, gdy była sama w mieszkaniu ujrzała przed sobą dostojną postać, wyglądającą jak rycerz w lśniącej srebrnej zbroi. Bardzo się przestraszyła. A stwór, który był Aniołem, ni z tego ni z owego przywitał się i powiedział jej, że jest piękną i wyjątkową kobietą i że Bóg nieustannie nad nią czuwa. Na imię miał Gabriel. Maryja już całkiem osłupiała, nie miała pojęcia, co się dzieje. A Gabriel kontynuował i zaproponował jej wyjątkową misję do wykonania. Misję noszenia w swoim brzuszku, urodzenia i wychowania dziecka, które będzie prawdziwym Synem Boga. Stanie się to w wyjątkowy, tajemniczy sposób, za sprawą Ducha Świętego. Będzie to wielki człowiek, Syn Boga, który zostanie królem narodu żydowskiego. Maryja nie rozumiała, co się dzieje, była prostą kobietą, jednak głęboko ufającą Bogu. Dostała od Anioła zapewnienie, że dla Najwyższego nie ma rzeczy niemożliwych. I z pokorą przyjęła swoje zadanie, w ciemno.

Jednak miała pewien problem, nie miała pojęcia jak wytłumaczyć mężowi, że zaszła w ciążę, dlatego uciekła na trzy miesiące w góry do swojej kuzynki Elżbiety. Gdy wróciła nie dało już się ukryć jej stanu a Józef wpadł z panikę. Bardzo kochał Maryję, ale nie rozumiał skąd wzięło się dziecko w jej łonie. Wiedząc, że za zajście z ciążę nie ze swoim mężem grozi kara śmierci, chciał ją jakoś po cichu wyprowadzić z miasta. Na szczęście zainterweniował Anioł, który we śnie, wyjaśnił mu, co się dzieje i przekonał by przyjął do swojego domu brzemienną. Zamieszkali razem, a Józef troszczył się o nich każdego dnia.

Sześć miesięcy później, podczas podróży do Betlejem na spis ludności, nadszedł dla Maryi czas porodu. Józef przewoził Maryję na osiołku od domu do domu, pukając i prosząc o gościnę na choć jedną noc. Jednak nikt ich nie przyjął. W końcu znaleźli jakąś opuszczoną stajnie i tam pozostali. Maryja urodziła Chłopca i położyła Go w żłóbku, z którego na co dzień jadły zwierzęta. Warunki były trudne, ale radości młodych rodziców i tak nie było końca. Pierwszymi, których Bóg przyprowadził do stajenki byli prości pasterze, bardzo chciał im pokazać Swojego Syna. Następnie z wizytą przybyli trzej Królowie, znający przepowiednie o narodzinach króla i chcący oddać Mu należny hołd. Dzieciątko spokojnie spało w żłóbku a czuwająca Matka nadal nie pojmowała tego, co się dzieje, ale ciągle ufała Bogu.

To był początek, później było całe życie Jezusa, bo tak dzieciątku dano na imię. Przez trzydzieści lat prostego życia, przygotowywał się do tego, by przez trzy lata głosić ludziom wyzwolenie, leczyć ich choroby, pomagać zwalczać ich słabości, wyciągał rękę do drugiego człowieka, litował się nad cierpiącymi, nauczał jak żyć, opowiadał o Bogu, troszczył się o wdowy i ubogich. Kochał dzieci. Nikogo nie przekreślał, nikogo nie sądził, nikogo nie oceniał. Szczególnie upodobał sobie słabych, więźniów i grzeszników. Poświęcił swoje życie dla innych. Dla nas. Został niewinnie skazany na okrutną drogę męczarni i śmierć na Krzyżu. I oddał swoją śmierć Bogu, jako wynagrodzenia za nasze grzechy, byśmy mogli razem z Nim przebywać w Niebie, w stanie wiecznej szczęśliwości.

On po wypełnieniu swojej misji na Ziemi, wrócił do Swojego Taty. I razem z Nim nieustannie nas wspomaga, bo nasza misja ciągle trwa. Tak i Boże Narodzenie, szalony czyn miłości Pana Boga, może nadal trwać, jeśli i My będziemy nieśli światu, to co On nam pozostawił, jeśli i my wyjdziemy poza samych siebie.


"Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata 
 i wyciągasz do niego ręce, 
 jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy milkniesz, 
aby wysłuchać, 
 jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, 
 które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności, 
 jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom", tym, 
którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa, 
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze, jak bardzo znikome są twoje możliwości 
i jak wielka jest twoja słabość, 
 jest Boże Narodzenie.
Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg pokochał innych przez ciebie, 
Zawsze wtedy, jest Boże Narodzenie."

Matka Teresa z Kalkuty

środa, 12 listopada 2014

O wyższości milczenia nad gadaniem i gadania nad milczeniem.

Jak zwykle w moim życiu jak z czymś mam problem, to wszędzie o nim słyszę. I tym razem to samo.

Gaduła ze mnie niezmierna. Muszę się stopować rozmawiając z ludźmi, bo najchętniej to wygłaszałabym nieustanny monolog. Egocentryczka totalna. Bogu niech będą dzięki, że znajdują się tacy, którzy ze mną wytrzymują. Zero dyscypliny i zew buntu we krwi. I jak to okiełznać?

Często warto się odezwać, rzucić jakiś pomysł, żeby coś usprawnić, nadać nowego wydźwięku, podzielić się z kimś wiedzą. Zresztą omawiając dany temat, rozkładam go na czynniki pierwsze, układam, porządkuję i wyciągam wnioski. Taka tam kobieca logika. Warto zwrócić komuś uwagę, kto kogoś krzywdzi, czy niszczy cudze mienie.

Ale kiedy następuje ten moment, gdy powinniśmy zamilknąć? Kiedy wszelkie postulaty są nie na miejscu? Gdzie jest ta granica, za którą powstaje rana na sercu drugiego człowieka? Jak wyczuć czyjś próg wrażliwości, jak odgadnąć prawdziwe intencje, którymi ktoś się kieruję i przewidzieć cel do którego dąży w swoich działaniach. Pan Bóg jest specem od skoplikowanych konstrukcji i tak stworzył człowieka, jego psychikę, wrażliwość, rozum, ducha. I bądź tu mądry jak jeszcze tak namieszał, że każdy jest inny.

Wnioski? Gdy chodzi o ważne sprawy, nie działać pochopnie, przemyśleć sprawę i przegadać ją z kimś wcześniej, z Panem Bogiem, przyjacielem. Mężczyzną, gdy trzeba konkretnej rady, albo kobietą, gdy wymagana jest większa empatia. Zdarza się, że warto zamilknąć, zaniechać wszelkich wyjaśnień, rad, czy prób zmian, a czasami działanie jest nieodzowne.

Przede wszystkim powinno się słuchać bardziej Boga niż siebie i wszystko postawić na relacje z Nim, bo On jest źródłem wszystkiego co piękne i dobre. Zna każdego, kocha każdego, nikogo nie osądza i jest pozbawiony wszelkich uprzedzeń. Zatopić się w Nim, by móc spojrzeć na bliźniego, tak jak On z Krzyża, z miłością.


Modlitwa Hioba - Anna Kamieńska

Panie naucz mnie milczeć
naucz milczeć mój język
i moje wargi
Naucz milczeć moje serce
Naucz mnie nie odpowiadać
na źle postawione pytania
i fałszywe oskarżenia
Naucz mnie milczeć
nawet kiedy mówię

Naucz mnie milczeć
kiedy chcę krzyczeć
kiedy milczenie boli
Naucz mnie nie skarżyć się
nie mówić o zmienności życia
jak ciężkie ono
jak mało w nim wszelkiego sensu

Naucz mnie sensu milczenia
i milczenia sensu

Naucz mnie abym i w śmierci milczał
bo są tacy których śmierć
krzyczy zawczasu do samego nieba

Naucz mnie modlitwy
która jest tęsknotą
i o nic nie prosi

Naucz mnie milczeć
zwłaszcza wobec tych
których kocham
niech nigdy słowo
od nich mnie nie rozdzieli

Naucz mnie milczenia
chorego zwierzęcia
milczenia chmury deszczu trawy
milczenia wieczoru i nocy
milczenia dobroci
i wdzięczności
Panie naucz mnie milczenia snu
milczenia wszystkich moich umarłych

Naucz mnie Panie
swojego
najgłębszego milczenia

piątek, 7 listopada 2014

List motywacyjny

To nie będzie standardowy suchy list motywacyjny. Bo misje nie są dla mnie jak staranie się o pracę. Misję kojarzą mi się z wielką wolnością, jaką daje nam Bóg w naszych wyborach życiowych, kojarzą mi się z głębokim pragnieniem dojrzewającym w głębi serca człowieka, dlatego nie jestem w stanie pisać o nich w języku niemalże urzędowym, zazwyczaj stosowanym w tego rodzaju dokumentach.

Zwlekałam z pisaniem listu motywacyjnego tak długo, jak tylko się dało. Aż do dzisiaj, kiedy po raz drugi śniły mi się małe ciemnoskóre dzieciaczki i tym razem, zajmował się nimi ksiądz Marcin, koordynator pracy Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco. 

W pierwszym śnie siedziałam na tylnych siedzeniach jakiegoś starego samochodu przewożąc z tyłu kilkoro małych Afrykańczyków. Dzisiaj były nie tylko małe, ale i nieco starsze dzieci. Narzekające, że muszą cały czas jeść paprykarz, niczym Izraelici podczas wyjścia z Egiptu i wędrówki do Ziemi Obiecanej.

Dlaczego przyjechałam do Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego? We wrześniu trzy lata temu poznałam Agnieszkę. To był mój początek drogi z Panem Bogiem. Etap oczyszczania z tego, co dawne, etap gruntowania poglądów, układania systemu wartości i poznawania Boga, który jak za rękę prowadził mnie przez naukę wiary katolickiej. Aga jawiła mi się, jako taka wojowniczka Pana, nieustraszona kobieta, głęboko zakorzeniona w Bogu i z Niego czerpiąca siłę i pasję życia. Była wtedy, bodajże, po pierwszym wyjeździe do Ugandy na misje krótkoterminową. Opowiadała o tym z takim zaangażowaniem, z takim błyskiem w oku, tak żywo, że i we mnie obudziła pragnienie wyjazdu, kiedyś, gdzieś w głąb Czarnego Lądu. 

 

Afryka zawsze była dla mnie pięknym kontynentem. Tę miłość wzbudziła we mnie mama. Uwielbiałyśmy oglądać wszelkie stare filmy, których akcja toczyła się gdzieś tam, daleko na południu, lwica Elza, Pustyni i w puszczy, Pożegnanie z Afryką. Mama odkąd pamiętam chłonęła wszelkie programy o innych, odległych krajach, zachwycając się tym jak bogaty jest świat, jak przeróżne zwyczaje i jak wszędzie można odnaleźć piękno stworzenia. Wszelkie farmy, hacjendy, proste życie na odludziu, wśród natury, uprawa roli, hodowla bydła.  Idealne współgranie świata ludzi, roślin i zwierząt, nieco przypominające ogród Eden. Takie życie wypełnione pracą, ale tak spokojne i uporządkowane, niegoniące za tym by mieć, ale za tym by być, kochać, wzrastać.

Jak teraz tak myślę, to w rodzinnym domu nigdy nie słyszałam złego słowa o czarnoskórych, ludziach innych wyznań, członkach innych narodów. Pomimo tego, że ktoś w rodzinie został zabity przez Ukraińców, pomimo tego, że pradziadek został wywieziony na Sybir, a i wojskowych przodków nie brakowało. Mama nauczyła mnie, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Wszyscy zasługujemy na szacunek. Że tak samo jak Niemcy i Rosjanie, tak samo i Polacy popełnili błędy, to już było i się nie odstanie, a my powinniśmy żyć dalej w pokoju.

No i odeszłam od tematu przewodniego, więc wracam. Następnym impulsem do zainteresowania się misjami było spotkanie Pauliny. Poznałyśmy się w pociągu. Ona jechała do Warszawy na spotkanie w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym, a ja wraz z duszpasterstwem zmierzałam na Akademicką Pielgrzymkę na Jasną Górę. Połączyła nas pogoń za pociągiem. Wysiadłyśmy razem na stacji, ponieważ mieliśmy mieć bardzo długie opóźnienie i udałyśmy się do toalety, mieszczącej się jakieś 100 m od peronów (budynek dworca był remontowany). Okazało się, że zanim dotarłyśmy z powrotem pociąg ruszył i musiałyśmy za nim biec. Na nasze szczęście, ktoś to zauważył, zatrzymano pociąg i na ostatnich metrach chodnika wskoczyłyśmy do środka.

Zaciągnęłam Paulinę na Szkołę Duchowości pożyczając jej chusteczki i prosząc o zwrot właśnie na tych duszpasterskich spotkaniach, za które jestem odpowiedzialna do dnia dzisiejszego. I tak jakoś zaczęły się przeplatać nasze drogi. Paulina wyjechała do Peru, a gdy wróciła zaprosiłam ją na Szkołę, żeby opowiedziała o misjach, o trudach i radościach, o sensie i celach. Wtedy już wiedziałam, że bardzo chcę kiedyś wyjechać na misje i pierwszy raz pomyślałam o Międzynarodowym Wolontariacie Don Bosco. Zgłosiłam się nawet na wrześniowe spotkanie w Warszawie, ale okazało się, że już było zbyt wielu chętnych. Później był październik, studia rozkwitły i misje odeszły na dalszy plan.

Przez ten rok uczyłam się życia z Panem Bogiem, chodzenia z Nim, Jego ścieżkami. Uczyłam się słabości i cierpienia, przyjmowania tego, co we mnie grzeszne, akceptacji własnych ograniczeń i zaufania w Jego moc i działanie. Piękny rok, wypełniony nauką śpiewu, stałą formacją w Szkole Duchowości, wyjazdami, spotkaniami, przygodą z Przymierzem Miłosierdzia i tamtejszymi misjonarzami. Udałam się na rekolekcje powołaniowe przygotowywane przez Przymierze. I tak bardzo chciałam rozpoznać, czy mam powołanie małżeńskie czy zakonne, a w mojej głowie wciąż siedziało jedno słowo… „misje”.

Długo nie myślałam o misjach, jako o powołaniu. Aż do długiego weekendu majowego na Mazurach. Wtedy to czmychnęłam z domku, który wynajmowaliśmy i udałam się do pobliskiego kościoła. A intencja Mszy brzmiała: „o powołania małżeńskie, zakonne i misyjne”. Ale że jak to tak? Przecież są trzy drogi: małżeństwo, zakon i bycie samemu! Wszystkie te trzy drogi brałam pod uwagę w różnych okresach mojego życia. Ale o misjach myślałam, że to tylko taki dodatek, że nie stanowią jakiegoś sedna.

W ubiegłym roku akademickim w Szkole Duchowości wiele mówiliśmy o misyjnej działalności Kościoła, zarówno przy omawianiu adhortacji papieskich, encyklik, tekstów Soboru Watykańskiego jak i przy czytaniu Katechizmu. I ten ciągły nacisk na posługę świeckich w Kościele, że oni mają działać, wspierać księży i zakonników. Że nie mają być bierni, że dla nich też jest miejsce w Kościele. I o misjach, które nie są tylko wyjazdowe, ale posłani jesteśmy do wszystkich, również do tych, wśród których żyjemy na co dzień. To wszystko jakoś tak siedziało we mnie, ale nie wiedziałam, co mam z tym zrobić.

Pod koniec maja przeszłam operacje kolana, w czerwcu powalczyłam z rehabilitacją, wizytami u lekarza i zaliczeniami na studiach. Później Góra Tabor, coroczne spotkanie dla młodych, organizowane przez Chrystusowców. Cały lipiec spędziłam na rowerze, zbierając materiały do mojej pracy magisterskiej, projektu przystani turystyczno-żeglarskiej. Wśród natury, słońca i wiatru. I był to naprawdę piękny, radosny czas.

I nadszedł sierpień, miesiąc pielgrzymek, a ja dwa miesiące po operacji. Ale coś tak bardzo mnie tam ciągnęło. Pielgrzymka okazała się łatwa i przyjemna i minęła mi jak jeden dzień. Nie ruszał mnie ani brud, ani wychodki, ani stodoły, ani siano, ani lodowata woda ze studni. A idąc czułam się tak jakby ktoś cały czas odejmował mi ciężaru. I na pielgrzymce spotkałam Dominika Wilka, który opowiadał o tym, że planował wyjechać na misje, nie udało mu się, ale zaczął pielgrzymować. I był tak już w Jerozolimie, w Santiago de Compostela, w Rzymie,.. Opowiadał o chodzeniu z Panem Bogiem, o mocy modlitwy i zaufaniu Bogu, gdy pokazuje nam jakąś ścieżkę życia, że On na niej jest i cały czas wspiera i pomaga. I znowu zaczęłam intensywnie myśleć o misjach. Wróciłam do Szczecina, nie szukając pracy, dostałam ją. Zgłosiłam się na wrześniowe spotkanie MWDB i jeszcze były miejsca, ale w końcu i tak nie mogłam pojechać. Cudem przeszłam na następny, ostatni semestr studiów, bo ostatni rok był dla mnie nieco ciężki. Zaczęłam pomagać koleżance z prowadzeniu śpiewu na Mszach dla dzieci w Kościele przy parafii św. Rodziny w Szczecinie i w świetlicy, z której jest pomocą wychowawcy. Rozpoczęłam drugi kierunek studiów, ale niestety nie wyrabiałam z czasem. I pojechałam na moje pierwsze, październikowe spotkanie w SOMie.

Czułam się tam jak na wyjazdach z duszpasterstwem. W ciągu roku jeździmy na warsztaty, we wrześniu w góry i latem na narty. Zaczynamy dzień jutrznią, kończymy Mszą. Jest integracja, są zabawy i nocne gry. Jest modlitwa, spotkanie z drugim człowiekiem i mnóstwo rozmów. Tak jak w SOMie.

Jedyne, czego nie mogłam w sobie znaleźć to motywacja, powód, dla którego chcę jechać na misje. Ok., to pragnienie, które ciągle mam w sercu, żeby dać z siebie więcej, pełniej, ale przecież to nie wystarczy. Pytałam innych o motywacje, mając nadzieję, że może w którejś z nich odnajdę siebie. Ale nie znalazłam. W końcu jedna z dziewczyn odpowiedziała mi jednym wyrazem, słowem, ale jakim! „Chrystus”, dla niej motywacją był Jezus, ona robiła to dla Niego. No szok. Nie wiem czy udałoby mi się kiedykolwiek dojść do tak czystej, pięknej motywacji.  


Jak miałam napisać list motywacyjny, nie widząc motywacji?

Potrzebowałam spotkania z ludźmi ode mnie z duszpasterstwa, którzy we wrześniu byli na misji w Etiopii, po zaproszeniu przez tamtejszego księdza ze zgromadzania Misjonarzy Consolata. Mi niestety niedane było pojechać. Na misje wyjechało siedmioro studentów wraz z naszym, już byłym, duszpasterzem akademickim. A na spotkaniu opowiadali o misji, o tamtejszej kulturze, o tym, co ich zaskoczyło, o potrzebach tamtejszej ludności, o ich zaletach, ale i o wadach i przyzwyczajeniach. I już wiem, po co chcę jechać na misję!

Chcę zawieść im to, co mam. A co mam? Mam umysł inżyniera, kreatywność i spostrzegawczość, którą wyrobiłam sobie podczas półrocznej pracy na budowie. Umiem tynkować, trochę kłaść płytki, mieszać klej, przyklejać styropian, murować, malować, spawać, wylewać beton i go zagęszczać. Umiem składać meble, pracować młotkiem, wiertarką, szukać rozwiązań i zachowywać spokój, gdy wszyscy są wkurzeni. Pokochałam dzieci i lubię spędzać z nimi czas. Przez jakiś rok, byłam regularnym wolontariuszem w Świetlicy Środowiskowej Promyczek, zajmując się dziećmi uczącymi się w szkole podstawowej. Opiekowałam się trzema maluszkami w wieku 2,5; 3,5 i 4,5 lat przez parę miesięcy podczas nieobecności rodziców. No a teraz współpracuję z dziećmi z parafii św. Rodziny. Nie boję się ciężkiej pracy. Wręcz ją lubię, wyłączam się wtedy na jakiś czas i skupiam myśli na tym, co mam do zrobienia. Umiem śpiewać, aczkolwiek mam lekkie problemy z gardłem. Uwielbiam tańczyć. I kocham pisać. Dlatego pewnie ten list wygląda jak wygląda. Prowadzę bloga. Kocham rowery, pociągi i dobre książki. W wolnych chwilach uciekam nad jakieś jezioro, przystań lub do lasu, by nabrać dystansu, uspokoić zmysły i posłuchać Pana Boga. Mam zdolność gromadzenia przy sobie ludzi, która raczej jest charyzmatem, bo nie zawsze się ujawnia i nie zawsze działa.

Mój angielski jest słaby, uczę się go od gimnazjum, ale niestety nigdy nie trafiłam na odpowiedniego nauczyciela. Aktualnie douczam się sama i planuję pójść na jakiś kurs lub na indywidualne lekcje.

O salezjanach, coś tam słyszałam, w końcu mają szkołę i placówkę w Szczecinie, moja koleżanka miała z nimi więcej styczności. Za namową, jakiś rok temu, byłam w tamtejszej kaplicy, podczas odwiedzin relikwii św. Jana Bosko. I kiedyś w domu trafiłam na książkę o jego snach i wizjach i nawet większą część przeczytałam.

Teraz wiem nieco więcej. Kończę czytać Wspomnienia Oratorium, obejrzałam film o Don Bosco i poznałam pierwszych Salezjanów w SOMie.

Zafascynowało mnie podejście księdza Bosko do młodych i to, że był takim niby zwykłym prostym człowiekiem, a świętym.

A co chciałabym zabrać z misji? Uśmiech dzieci, ich szczerą piękną radość pomimo tego, że mają tak niewiele. Może wiedziałabym jak wzbudzić tę radość i w polskich dzieciach, którym często brakuje miłości rodziców, ich troski, zainteresowania. Chciałabym ukraść nieco radości życia, chwalenia Pana całym swoim istnieniem, całym swoim ciałem, śpiewem i tańcem. Chciałbym zabrać nieco więzi braterstwa, będącego wartością ponad zabieganie, pracę i pieniądze. Chciałabym zabrać spokój życia codziennego, bez ulicznych korków i przeklinania na światłach. Co jeszcze? Nie wiem, wiem, że Pan Bóg umie zaskakiwać.

Wiem, że mogę się do tego nie nadawać. Mam świadomość tego, że mogę się mylić, co do drogi, jaką obrałam. I dlatego oddają ją całkowicie w ręce Boga. Wyjazd na misję bez Boga w sercu, bez stałej, żywej relacji z Jezusem, to pomyłka. Wiem, że kuleje w tak wielu aspektach, nie umiem kochać, osądzam innych, brakuje mi wiary.. Ale wierzę, że On może moje słabości przekształcić w Swoją Wszechmoc. I jeśli chce, żebym czegoś dokonała, jeśli chce, żebym pojechała na misje, to tam pojadę. Dla Niego nie ma nic niemożliwego.

Reasumując, z chęcią kontynuowałabym przygotowania do wyjazdu na misję długoterminową z Międzynarodowym Wolontariatem Don Bosco, zarówno uczęszczając w comiesięcznych spotkaniach w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie, jak i dbając o samorozwój przydatnych umiejętności oraz pogłębianie żywej relacji z Panem Bogiem. A jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to z chęcią wyjechałabym na misje do Afryki, lub gdzie Duch powieje z MWDB.


niedziela, 26 października 2014

Będziesz miłował... - ks. Mariusz Pohl

"Dyskusja Jezusa z faryzeuszami, którą śledzimy od kilku tygodni w niedzielnych Ewangeliach, dziś osiąga punkt kulminacyjny: dalej już pójść nie można. Jezus bowiem powołał się na ostateczną zasadę i prawo regulujące ludzkie odniesienie do Boga i do człowieka – przykazanie miłości. I albo się je uznaje, albo nie. Od tego zależy wszystko, całe ludzkie życie, i dlatego, jeśli ktoś kwestionuje bądź świadomie odrzuca prawo miłości, zarazem odrzuca wszystko: człowieka, siebie, Boga... Jak trudno wtedy żyć. Popada się w rozpacz, która stopniowo i na różne sposoby niszczy człowieka.

Albowiem bez miłości nie da się żyć. Człowiek potrzebuje miłości bardziej niż powietrza, chleba czy wody. Może niekiedy sobie tego nie uświadamiamy, ale gdy doznamy nieraz braku miłości, odtrącenia, nienawiści czy krzywdy, wtedy niczego tak nie pragniemy jak bliskiej, kochanej osoby, której możemy w pełni ufać. Bez kogoś takiego człowiek duchowo umiera. Tak rodzą się zbrodniarze, narkomani, samobójcy.

Ale miłość potrzebujemy nie tylko przyjmować i doznawać. Człowiek ma także potrzebę dawania miłości. Jak nieszczęśliwy jest egoista zasklepiony i zapatrzony tylko w siebie. Choćby opływał we wszystko, prędzej czy później przekona się, że takie życie nie ma sensu – gdy nie ma się dla kogo żyć.

Właśnie dlatego u źródeł wszystkich zasad postępowania Bóg postawił miłość.

No dobrze, powiemy, ale jak można nakazać miłość? Przecież kochać można tylko z dobrej woli, a nie pod przymusem czy na siłę. Tak, ale przykazanie miłości wcale nie oznacza przymusu, lecz zobowiązanie, powinność, wewnętrzny nakaz, który nas pobudza do decyzji: chcę kochać! Człowiek jest w stanie taką decyzję podjąć. Albowiem miłość jest nie tylko uczuciem, lecz także rozumnym aktem woli.

Często o tym zapominamy lub nawet w ogóle nie wiemy. Wydaje się nam, że miłość musi zrodzić się spontanicznie, sama, i sama musi trwać: gdy potem nasze uczucia stygną, jesteśmy przekonani, że miłość widocznie się skończyła i nie ma co dalej zawracać sobie głowę.

A wszystkiemu jest winne podstawowe nieporozumienie: że miłość utożsamiamy z tylko z uczuciem. Tymczasem co innego jest kogoś lubić, czyli darzyć uczuciem i doznawać w ten sposób przyjemności; a co innego jest kochać, czyli chcieć czyjegoś dobra, ale ze względu na niego, a nie na swoją przyjemność. A to już wymaga decyzji, silnej woli, wytrwałości i konsekwencji. I właśnie dlatego Bóg mówi: będziesz miłował! Bez względu na okoliczności, samopoczucie, ochotę i cenę – kochaj! Bo możesz kochać, jeśli tylko chcesz kochać. Miłość jest bowiem także aktem woli. Bez tego byłaby niemożliwa i wszelkie ludzkie odniesienia, a przede wszystkim małżeństwo i rodzicielstwo byłyby niemożliwe. Jesteś odpowiedzialny za tego, kogo oswoiłeś – powie Mały Książę. Gdyby rodzina nie była zbudowana na fundamencie zobowiązania do miłości, a tylko na uczuciu miłości, wtedy żadne małżeństwo nie przetrwałoby dłużej niż kilka lat.

Jest jeszcze pewien szczegół, którego często nie zauważamy: mamy kochać bliźniego jak samego siebie. Wzorem i niejako warunkiem miłości do innych ma być miłość siebie samego. Dla wielu z nas jest to zaskoczeniem, gdyż miłość siebie samego kojarzy się nam z samolubstwem czy próżnością. Owszem, fałszywa miłość siebie tak. Ale tu chodzi o miłość prawdziwą, samoakceptację, pozytywne nastawienie do siebie takiego, jakim się jest. Skoro Bóg mnie kocha i akceptuje, to i ja powinienem siebie pokochać. Bo dopiero gdy pokocham siebie, zechcę coś dla siebie zrobić, zdobyć się na trud przemiany, pracy nad sobą. W przeciwnym razie ciągle będę żył w wewnętrznym konflikcie, skłóceniu ze sobą, a w konsekwencji i ze światem. I wtedy na pewno nie potrafię nikogo pokochać."

środa, 8 października 2014

Dla Alicji

Kiedyś pewna osoba bardzo nalegała żebym coś napisała. A ja stwierdziłam, że to teraz niemożliwe, bo życie mi się wali, nie wiem dokąd idę, wszystko jest bez sensu. Później trafiła na czas, gdy byłam wkurzona i znowu się wykręcałam. A ta nadal uparcie twierdziła, że jak jestem wkurzona, to powinnam po prostu pisać jak wkurzona, i tyle.

No dobra, niech więc będzie. Na co teraz jestem wkurzona? Ano na siebie. Za to, że nie daję jednak rady z dziennikarstwem, że tak wiele rzeczy zaniedbuję, że tak wiele osób chciałabym odwiedzić, porozmawiać, a nie radzę sobie z organizacją czasu i ciągle mi go jakoś brakuje. Za to, że ciągle muszę wybierać i to nie są wybory pomiędzy czymś dobrym i czymś gorszym. Tylko wszystkie te sprawy, wydarzenia są z mojego punktu widzenia tak samo ważne i dobre, a jedyne, czego mi do szczęścia potrzeba to dar bilokacji. Za charakter zadufanej w sobie egocentryczki wytykającej innym drzazgi, a ślepej na własne błędy jak mało kto. Za gadulstwo, jakby nikt inny nie miał prawa głosu. Za zamknięcie na innych ludzi, za wybieranie wygody i świętego spokoju, zamiast zaangażowania dla dobra innych. Za moją pychę, słabość i zazdrość pukającą zewsząd. W takiej chwili trudno siebie kochać. Ale…

I tak kocham tę, która pali buraka, za każdym razem, gdy musi coś na głos przy wszystkich zaśpiewać, która jest total niezdecydowana i niecierpliwa. Która tak często łapie się na tym, że za bardzo się przejmuje, za bardzo spina, za dużo martwi. Zwraca uwagę na to, co, kto o niej pomyśli i chce robić dobre wrażenie, jakby to było w życiu najważniejsze. Taki nerwusek, który obraża się za każdym razem, gdy ktoś śmie na głos powiedzieć, że jest zbyt rozrzutna, czy za mało rozsądna, bo prawda boli. Z rana zamiast iść na uczelnie, zaczyta się w jakieś artykuły czy rozważania, nie zwracając uwagi na to, że czas nadal płynie. Leniuszek i nieogar ze skłonnościami do popołudniowej zawiechy. Z tysiącem pomysłów na życie, marzeń do spełnienia, byle by tylko nie wpisać się w ogólnie przyjęty schemat. Praca, dom, obiad, tv, spać, praca, dom, obiad, tv, spać,… Zaniedbująca rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, a chcąca wyjechać na misje. Kobieta armagedon, czekająca na szaleńca, który podpiszę się pod przebywaniem w pobliżu oskarżonej aż do śmierci.

Ale też kobieta z wielkim potencjałem. Gdybym nie dawała raz na jakiś czas dojść do głosu Panu Bogu, słabo by to wszystko wyglądało. Na szczęście On jest szalony i mówi, że owszem widzi ten cały mój syf, ale Mu to nie przeszkadza i twierdzi, że razem możemy zrobić coś pięknego. Jestem słaba, upadam, mylę się, źle wybieram, ale co z tego? Trzeba się Go uchwycić, to i siła się znajdzie, z upadku podnieść, ze złej drogi zawrócić i modlić się żeby i z niefortunnych wyborów Bóg wyciągał dla nas dobro. Nie to, że nie trzeba nad sobą pracować, owszem trzeba. Ale żeby zacząć robić coś wielkiego, żeby zacząć spełniać marzenia, pójść drogą, o której się śni, żeby zaryzykować, nie musimy czekać aż coś się wydarzy, aż będziemy inni, aż się poprawimy, będziemy lepszymi ludźmi, aż do czegoś dojdziemy. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, niczego nam nie brakuje. Jedyne, co nam przeszkadza to paraliżujący strach i obawa, że nie damy rady, że nie jesteśmy wystarczający. Szatan robi co może i to są właśnie jego kłamstwa. Jeśli chcemy się bronić to powinniśmy poprosić Boga, żeby to On nam powiedział, co o tym wszystkim myśli. Słyszeliście, żeby Bóg kiedykolwiek, komukolwiek, mówił, że nie da rady? „Nie lękaj się”, „Nie bój się”, „Niech się nie trwoży serce wasze”, „Idź z tą siłą, jaką posiadasz”, „Pan jest z tobą, dzielny wojowniku” ,„Odwagi, niewiasto! Niech się nie lęka twoje serce”, „Cała piękna jesteś”… To są słowa Pana Boga! On w Ciebie wierzy, wierzy we mnie.

Razem możemy dokonać czegoś pięknego! Uwierz tylko.


poniedziałek, 8 września 2014

8.07.2014

Kiedyś słuchałam takiego gościa z TEDx, który mówił, że niektóre rzeczy, o których marzymy trzeba po prostu zrobić, bez włączania kalkulatora racjonalizacji. Po prostu, zrobić, choćby to nie było do końca logiczne, sporo kosztowało, w gruncie rzeczy nie opłacało się. Ale te pragnienia ciągle odkładane na później, ciągle wyrzucane przez chłodne kalkulacje, jako „nie teraz, może kiedyś”, „teraz, co innego jest ważne”, czy one nie ciążą? Czy nie zbierają się w takie dodatkowe złogi, w balast, który jakoś nas tak ociężale trzyma ziemi i nie pozwala rozwinąć skrzydeł?


Lęk przed pomyłką, lęk przed przegraną, lęk przed ryzykiem. I tak całe życie? Całe życie z zaciągniętym hamulcem, z żalem, że czegoś nie spróbowaliśmy? Naprawdę chcemy tak żyć? Wierzę w wolność, jaką daje nam Bóg, co do wyborów w naszym życiu, wierzę, w to, że pragnienia, rodzące się w głębi naszego serca, prowadzą nas wprost do Niego, wierzę, że każde spełnione marzenie, daje chwile radości będące skromnym cieniem wiecznej szczęśliwości w Niebie. Wierzę, że nawet, jeśli źle wybierzemy to On będzie potrafił wyprostować naszą ścieżkę i wyciągnąć dobro z tego, co już się stało. Wierzę, że każda podjęta decyzja przesuwa nas gdzieś dalej, nie wiem dokąd, ale wiem, że rozwija, poszerza horyzonty, ubogaca codzienność. Najgorsze to chyba zatrzymać się i nie ruszać z miejsca z powodu przytulnej przewidywalności każdego dnia, która otula ciepłym kocem przy kominku, podaje kubek gorącego kakao i szepcze, by nie wychodzić na deszcz, przecież zimno, mokro, nie wiadomo co czai się za rogiem. Podczas gdy deszcz zaraz minie, powietrze stanie się rześko odkurzone, na niebie pojawi się tęcza i wystarczy założyć kalosze, by spotkać uśmiechniętego pana na przystanku. Czasem się nie chce i dobrze, gdy to jest raz na jakiś czas. Ale gdy to jest całe życie? Przecież mamy je tylko jedno!

Myślałam dzisiaj o tych wszystkich głupich marzeniach, których spełnienie ani nie doda mi pieniędzy, wręcz przeciwnie, które w oczach innych ludzi są zbyteczne, naiwne, nieracjonalne i powinnam sobie według nich, wybić je z głowy. Myślałam o tych wszystkich, którzy mi mówią, że za bardzo bujam w obłokach, że jeszcze życia nie znam i takie podejście się dla mnie źle skończy, że świat tak nie wygląda, że ideały na nic mi się tu przydadzą, że powinnam zejść na ziemię i zacząć żyć jak wszyscy, bo inaczej sobie nie poradzę. Myślałam i patrzyłam spode łba na Jezusa, pytając go, co ja właściwie mam z tym wszystkich robić i czy ze mną jest coś nie tak? I wtedy do kościoła wnieśli krzyż, potem świecę, stojak na trumnę, a na końcu trumnę ze zmarłym. Miał na imię Antoni, zmarł w podeszłym wieku. I tyle, wystarczyło. Postanowiłam się nie zmieniać, jeszcze raz zaryzykować, pójść w ciemno, tam gdzie mnie serducho ciągnie. Wykorzystywać każdą chwilę, każdy dzień, najlepiej jak się da, nie zapominać o marzeniach, pasjach, o tym, co lubię robić. Dalej kochać, modlić się za moich przyjaciół i dziękować za nich Panu Bogu i spędzać z nimi więcej czasu, bo ostatnio to krucho było. Starać się przekraczać, te granice, które sobie sama wytyczyłam, dawać więcej i nie marnować ani chwili. Popracować nad relacjami, które kuleją, mniej się zamartwiać. Prosić Boga, żebym umiała patrzeć na siebie i innych, jak On na nich patrzy, widzieć godność w każdym człowieku. Cieszyć się życiem, a kiedy nie mam sił, to pozwolić sobie i na płacz, byle by być prawdziwą. Szukać w życiu ciągle tej tajemnej misji od Pana Boga, na którą mam taką wielką chrapkę. Robić swoje, nie przeszkadzać innym, mniej mówić, więcej słuchać. Być wdzięczną za wszystko, co dostaje.


Lubię moje życie, mimo wszystko, lubię nawet siebie, choć czasami mam dość tego niecierpliwego buntownika z nad Odry, który myśli, że cały świat kręci się wokół niej.

Wczoraj miałam okazję spotkać na mojej drodze księdza Jana Kaczkowskiego. Nowotwór mózgu. Według statystyki już powinien nie żyć. A on żyje i to nie byle jak. Jest dyrektorem hospicjum, działa ile wlezie. Jest „otwarty na cud”, ale dla niego najważniejsze jest to, by do końca być taką żywą petardą i zrobić tyle, ile tylko się da, wykorzystując każdy dzień. Takie chodzące świadectwo życia z Panem Bogiem. Jeździ, zbiera datki na hospicjum, co by wyjść na prostą, zanim odejdzie. Wydano zapis jego rozmowy z Katarzyną Jabłońską o pięknym tytule: "Szału nie ma, jest rak." Jeszcze nie czytałam ale i tak polecam, bo myślę, że warto.